Dlaczego wystąpiłem z Kościoła 

Rzymskokatolickiego

?





Luis Padrosa S.J.

były:
Rzymskokatolicki ksiądz jezuita
Dyrektor-założyciel instytutu psychologicznej
Orientacji Imienia Loyoli
Wiceprezydent Międzynarodowego Komitetu Rzymskokatolickich Psychiatrów i Psychologów




 

„Why did I leave the Church of Rome?”

Tłum. z ang. Aleksander Pashko


Spis Treści



Do polskiego czytelnika

Prolog do hiszpańskiego wydania

Przedmowa Autora

Nieomylność papieża

Konieczna potrzeba widzialnego Kościoła

Jedność

Maria — Matka Jezusa

Tradycja

Post eucharystyczny

Obowiązki

Spowiedź

Celibat kapłański

Konkluzja

Od dziś jestem waszym bratem

Kim jest Don Luis Padrosa?

Znaczenie i popularność książki w Hiszpanii

Jak kościół katolicki odchodził od nauki Chrystusa





Do polskiego czytelnika

Wielu Polaków-katolików, spotkawszy rodaka nie-katolika, stawia mu pytanie: „Co pana skłoniło do opuszczenia szeregów wyznawców kościoła rzymsko-katolickiego?” Nie każdy zagadnięty potrafi w przekonywujący sposób wyrazić powody porzucenia kościoła. Nie każdy zrywający z kościołem czyni to z powodu poznania nauki Ewangelii. Wielu zerwanie z kościołem rzymsko-katolickim utożsamia z zerwaniem z wiarą w ogóle i zaczyna udawać ateistów. Życie w kraju o zdecydowanej większości protestanckiej zmusza każdego rzymsko-katolika do zastanowienia się nad tym, w co i jak wierzy. Nie wszyscy dochodzą do jakichś konkretnych wniosków podczas tych rozmyślań. Większość uspokaja się myślą: co będzie z innymi to będzie i ze mną. Jest to konkluzja natur słabych i niekonsekwentnych lub lekkomyślnych. Takim nie sposób jest dopomóc, gdyż starannie unikają wszelkiego światła i bezmyślnie dają się prowadzić kościołowi, który zastąpił Jezusa Chrystusa i Jego apostołów własnym systemem. Powstają jednak w narodzie naszym coraz liczniejsze ugrupowania ludzi, którzy poznali prawdę Ewangelii i przez zastosowanie się do jej wskazówek doświadczyli na sobie jej zbawiennej mocy. Konsekwencją takiego poznania jest zawsze wystąpienie z kościoła rzymsko-katolickiego. Innej drogi, niestety, być nie może. Zastosowanie się do nauki Ewangelii i trwanie w szeregach kościoła rzymsko-katolickiego jest niemożliwe, gdyż kościół wyklina takiego człowieka i uznaje go za heretyka. Dwom panom nie można służyć. Posłuszeństwo Bogu często prowadzi nas do nieposłuszeństwa ludziom, lecz posłuszeństwo Bogu zawsze ma błogosławione skutki.

Poznawszy naukę Ewangelii, Ks. Luis Padrosa nie miał innego wyjścia, jak wystąpić z kościoła katolickiego. Jako były teolog-jezuita w bardzo jasny i zrozumiały sposób omawia problemy, które zadecydowały o tym kroku w jego życiu.

Wydanie jego książki w języku polskim ma na celu przyjście z pomocą tym, którzy są w duchowej rozterce, mając do wyboru drogą posłuszeństwa Bogu lub ciągłą niepewność i trwogę serca. Każdy szukający prawdy o rzeczach przyszłych, każdy, komu zbawienie jego duszy jest rzeczą bardzo ważną, znajdzie w wywodach byłego księdza jezuity to, co go utwierdzi w postanowieniach swego serca.

Zezwolenie na tłumaczenie i wydanie tej pracy po polsku zawdzięczam Dyrektorowi Narodowego Zjednoczenia Protestantów w Irlandii, panu Normanowi Porter M. P., któremu na tym miejscu wyrażam serdeczne podziękowanie.

Oby więc otworzyły się duchowe oczy wielu czytających, by i oni mogli zobaczyć swą zgubę i, dopóki czas, zawrócić z błędnej drogi, słuchając głosu Zbawiciela, który wykupił nas ceną Swej krwi na Golgocie. Jemu też należy się wszelka chwała.

Toronto, 1963 A. Pashko

*

Wyrażamy serdeczne podziękowanie Redaktorowi „Przyjaciela” i Przełożonemu Zboru w Toronto Prezb. A. Pashko za zgodę na przedruk tej książki, by w ten sposób udostępnić ją Czytelnikom w Polsce.

WYDAWNICTWO „SŁOWA PRAWDY”


PROLOG DO HISZPAŃSKIEGO WYDANIA

„I rosło Słowo Boże, i pomnażał się bardzo poczet uczniów w Jerozolimie; wielkie też mnóstwo kapłanów było posłuszne wierze” (Dzieje Ap. 6. 7).

Historia się powtarza. Gdy ludzie zaczynają prześladować jakieś wyznanie religijne, jest to dowodem, że zwracają na nie publiczną uwagę, Nawet u samych prześladowców powstaje zainteresowanie się tym, co prześladują. Zwalczanie jakiejś idei powoduje potrzebę zapoznania się z nią, przeegzaminowania i porównania jej argumentów z argumentami opozycji. Jeśli argumenty opozycji nie będą dostateczne, jak to miało miejsce w pogańskiej opozycji w stosunku do chrześcijaństwa w pierwszych wiekach naszej ery, to rezultaty mogą okazać się i dziś zgubnymi dla opozycji.

To samo dzieje się dziś w Hiszpanii. Przyznanie przez obecny rząd hiszpański pewnej wolności wyznaniom ewangelicznym, wprawdzie  bardziej ograniczonej niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego stulecia, było wystarczającą przyczyną do sprowokowania kleru do najbardziej zaciętego protestu. Listy pasterskie i artykuły pełne wściekłości wypełniły prasę, zmuszając rząd do zmniejszenia i tak znikomej wolności, przyznanej przez prawo. Jakież były tego skutki? Oto od dnia nawrócenia się księdza Cipriana Tornosa, spowiednika królowej Izabeli II, prawie trzy czwarte wieku temu, ewangeliczne chrześcijaństwo nigdy nie odniosło tyle triumfów, jak w ciągu ostatnich dwóch lat.

W wyniku tej przesadnej i niesprawiedliwej antyprotestanckiej kampanii nie tylko wielu ateistów i ludzi obojętnych zainteresowało się nabożeństwami ewangelicznymi, szczególnie w wielkich miastach, gdzie obawa przed represją ze strony kleru jest mniejsza, lecz światło Ewangelii zaczęło docierać do miejsc kiedyś niedostępnych, dotykając sumienia wielkich dostojników Kościoła Rzymskokatolickiego.

Tak więc generalny sekretarz Towarzystwa Marii w Hiszpanii, a potem i w całym świecie, ksiądz Carrillo de Albornoz, S. J., wyjeżdża z Hiszpanii do Rzymu i tam tajemniczo znika, by ukazać się w Genewie, gdzie publicznie wyrzeka się wiary rzymskokatolickiej w jednym z kościołów ewangelicznych w mieście reformatora Kalwina. Ta kosmopolityczna metropolia, która w jednym ze swych parków ma pomnik Reformacji z napisem: „Post Tenebras Lux” („Po ciemności światło”), udziela przytułku temu dostojnemu hiszpańskiemu księdzu, który wydał świadectwo, że przeszedł z ciemności kościoła, który stracił bezpośrednią łączność ze swym Panem, przeszedł z kościoła skrępowanego przez ludzi, pełnego nauk i dogmatów nie znanych apostolskiemu kościołowi, do wspaniałego światła błogosławionej Ewangelii Chrystusowej. 

W tym samym roku (1950) za jego przykładem poszło wielu księży z rozmaitych diecezji w Hiszpanii (Gerona, Mallorca, etc).

Obecnie ogólnie poważany założyciel Instytutu im. Loyoli, powszechnie znany psychiatra, wykładowca i rzymsko-katolicki mówca, ksiądz Luis Padrosa Roca, zadziwił zarówno protestantów jak i katolików swym nawróceniem się do ewangelicznego chrześcijaństwa.

Ci, co znają usposobienie Hiszpanów i żyli w kraju, gdzie rzymskokatolicy mają wszelkie przywileje, a protestanci są wystawieni na szykany i poniewieranie, mogą pojąć, na jakie poświęcenie musiały się zdobyć takie osobistości, (podejmując podobną decyzję), jak ksiądz Luis Padrosa Roca i ksiądz Carrillo de Albornoz. Jeśli ewangeliczne chrześcijaństwo w Hiszpanii liczy zaledwie kilka tysięcy wyznawców przeważnie z klasy robotniczej i jest do tego wzgardzone przez arystokrację, jak może ono dotrzeć do umysłu i serca tych wysokich dygnitarzy Kościoła Rzymskokatolickiego?

Wyjaśnienie jest logiczne i zrozumiałe. Dla wiernego katolika zmiana wyznania jest rzeczą wprost nieprawdopodobną, ponieważ obawa przed popełnieniem grzechu śmiertelnego powstrzymuje go od wtajemniczenia się w rzeczy wiary. Katolik musi zupełnie ślepo ufać swemu kościołowi, aby nie mieć obawy popełnienia śmiertelnego grzechu. Z tej to przyczyny zawsze szuka aprobaty kościelnej (nihil obstat), gdy mu jakaś religijna książka dostanie się do ręki. W ten sposób unika on zwątpień co do prawdziwości swej wiary, lecz przez to samo zostaje zamknięty w ciasnym kole i pozbawia siebie prawie całkowicie możliwości zapoznania się z prawdą, ze szkodą dla samego siebie, szczególnie, gdy chce z innymi dyskutować na temat wiary.

Ograniczenie to nie stosuje się wprawdzie do stanu kapłańskiego. Kapłani mają za zadanie bronić swej religii, przez co są zmuszeni do zapoznania się z tym, co zwalczają. Jednak niewielu z nich odważy się czytać książki heretyckie lub podjąć dyskusję z protestantami bez specjalnego zezwolenia biskupa, które rzadko bywa udzielane. Takiej obawy przed zbłądzeniem nie możemy się jednak doszukiwać u takich postaci, jak generalny sekretarz Towarzystwa Marii lub ksiądz Luis Padrosa. Nikt by nie przypuszczał, nawet oni sami, że takie osobistości, ugruntowane w rzymskokatolickiej teologii i apologetyce, mogłyby być doprowadzone do ,,apostaty” swej wiary przez  zwykłe badanie doktryn i „raison d'être” (przyczyny istnienia) wiary ewangelicznej.

„Lecz prawda jest znana wszystkim jej synom”, a Zbawiciel zapewnił: „Wszelki, który jest z prawdy, słucha głosu mego”. (Ew. Jana 18,37). Każdy kto jest szczery i sumienie ma czułe, kto poważnie odda się czytaniu Ewangelii, ten będzie pociągnięty przez prostotę i wzniosłość jej doktryn.

„Ja nie znalazłem w Ewangelii podstawy dla dogmatów rzymsko-katolickiego kościoła”. Takie oświadczenie Ojca Luisa Padrosy, ubranego w kapłańskie szaty, zaskoczyło bardzo ewangelicznego pastora, u którego porady on szukał podczas pierwszego pamiętnego spotkania.

Kaznodzieja ów przygotowywał się do poważnej debaty od chwili, gdy wizyta owa była zapowiedziana. Wiedział on, że Ojciec Padrosa nie będzie zwykłym antagonistą. Wiedział, że niełatwo będzie pokonać go w dialektyce, w znajomości faktów historycznych lub w patrystyce. Spodziewał się, że będzie on dobrze obeznany z Pismem Świętym, choć większość katolików nie posiada tej znajomości. Całe to przygotowanie okazało się jednak zupełnie niepotrzebne. Ojciec Padrosa nic przyszedł w tym celu, aby nawracać lub aby być nawróconym. On przyszedł, będąc już przekonanym przez prawdę i zwyciężonym przez Ducha Bożego, pragnąc tylko podzielić się tym, co odkrył na stronicach Pisma Świętego przy pomocy protestanckich dzieł teologicznych, które czytał z myślą o zwalczaniu ich wywodów.

Ojciec Padrosa okazał się człowiekiem o bardzo czułym sumieniu, człowiekiem „w którym nie masz zdrady”, jak Chrystus mówił o Natanaelu. Jako bardzo szczery i wierny katolik, który starał się kochać Boga ze wszystkiego serca, ze wszystkiej duszy i ze wszystkiej siły swojej, teraz nie mógł darować sobie, że sprzeciwiał się Ewangelii Jezusa Chrystusa jako ksiądz rzymskokatolicki.

Zdecydował się więc uczynić bardzo bolesny i niebezpieczny krok — szczególnie w Hiszpanii — zrzeczenia się urzędu i stanowiska, pozbywając się zaszczytów lektora i dyrektora Instytutu Loyoli w Barcelonie i Tarrasa, by być wiernym światłu Ewangelii, które nareszcie zobaczył. Od pierwszego dnia wyraził pragnienie podzielenia się z inny mi tym, czego sam doznał. Śmiało świadczył o tym, że jego serce napełniła radość i pokój od chwili, gdy zdecydował się iść za nauką Ewangelii.

Dziś jest on w Południowej Ameryce, pracuje jako profesor uniwersytetu, wolny czas poświęcając głoszeniu Ewangelii w wielu kościołach, które go chętnie zapraszają.


PRZEDMOWA AUTORA

Dlaczego wystąpiłem z Kościoła Rzymskokatolickiego? Niewątpliwie wielu postawi mi to pytanie. Jedni zapytają mię w duchu miłości, inni z pogardą, niektórzy z trwogą. Niewielu zapyta mię w duchu miłości. Dlaczego, jest to tak, że ludzie dobrzy zawsze stanowią mniejszość? Święty Ignacy, założyciel zakonu jezuitów, rozpoczyna swoją książkę pod tytułem: „Duchowe ćwiczenia” zdaniem, które uważał za podstawowe: „Każdy dobry i pobożny chrześcijanin winien posiadać dyspozycję brania z dobrej strony każdego słowa, nie dopatrując się dwuznaczności i obrazy. Jeśli czyjaś wypowiedź okaże się niewątpliwie negatywna, zapytaj mówiącego o jego intencję, a jeśli jest on w błędzie, wskaż mu jego błąd w łagodny sposób, by mógł naprawić zły czyn”.

Pragnąłbym, by wszyscy, którzy chcą sądzić moją decyzję, czynili to w duchu i świetle tej nauki, pamiętając stale na słowa Jezusa Chrystusa: „Nie sądźcie, byście nie byli sądzeni”.

Moja publiczna praca jako kaznodziei dała mi wielu przyjaciół i umożliwiła zapoznanie się z tysiącami innych. Wydałem publiczne świadectwo o pewnych doktrynach i wierzę, że przekonałem wielu, którzy nie wierzyli przedtem? Czy byłem hipokrytą, głosząc to, w co nie wierzyłem? Czy odwróciłem wielu od prawdy? Pozostawiam te pytania sądowi Pańskiemu. Ze względu na moich przyjaciół i krewnych jestem obowiązany dać pewnewyjaśnienie tego, co uczyniłem, gdyż nie chcę i nie mam powodu odejść jak człowiek, który ucieka ze wstydu za swoje przestępstwo. Nie, ja mogę spotkać każdego i śmiało patrzeć mu w oczy. Uczyniłbym to publicznie, gdyby mi prawo pozwoliło. Nie mogąc tego uczynić ustnie, czynię to piśmiennie przy pomocy tych kilku stron, i chciałbym, by ci, którzy mnie znają, czytali je bezstronnie i zastanowili się nad moimi argumentami.

Nie jest to praca literacka. Nie szukajcie też pięknego stylu, gdyż jest to tylko list, który posyłam w duchu miłości do tych, których miłuję, pragnąc podzielić się z nimi tym światłem, które oświeciło moją duszę. To nie jest rozprawa teologiczna lub podręcznik apologetyki. Czytelnik protestancki odczuje w tym, co piszę „zapach” katolicyzmu, co jest zupełnie naturalne. Moim celem jest podanie przyczyn, które skłoniły mnie do uczynienia tego kroku. Każdy rozdział zamierzam w przyszłości opracować bardziej obszernie w postaci głębszego i gruntowniejszego dzieła. Tu są proste zdania, wyrażające moje przekonania.

Domyślam się odpowiedzi większości czytelników na pytania, zawarte w tej książce. Ludzie powiedzą to, co już nieraz mówili w podobnych wypadkach. Niektórzy powiedzą, że straciłem równowagę psychiczną, inni, że zakochałem się. „Prawowierny” rzymsko-katolik nie może uwierzyć w możliwość wystąpienia z kościoła dla innej przyczyny niż namiętność lub szaleństwo. Wszyscy, którzy mnie w ten sposób osądzą, uczynią wielki błąd, który popełniają wszyscy, sądzący pochopnie, nie zbadawszy pierwej przyczyn.

Przyczyn, które wpłynęły na moją decyzję, było kilka. Przeżywszy czterdzieści trzy lata jako szczery rzymsko-katolik, w którym to czasie piętnaście lat spędziłem na studiach teologicznych, dziesięć lat jako ksiądz i kaznodzieja wielkiej rzeszy słuchaczy i dwadzieścia lat w zakonie jezuitów, doszedłem do przekonania, że rzymsko-katolicki kościół nie jest prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa. Kościół ten jest oparty na sofistyce *), a żaden kościół nie może być prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa, jeśli nie jest całkowicie oparty na nauce Nowego Testamentu. Rzymsko-katolicki kościół jest bardzo daleki od tej nauki, gorzej nawet: nie jest on zdolny wrócić do czystej wiary Chrystusowej. Każdy szczery katolik, który pragnie osiągnąć zbawienie swojej duszy, będąc świadom tego faktu, nie ma innego wyjścia, jak tylko zmienić kierunek swego życia. Gdy ja to uczyniłem, pokój którego nie znałem dotychczas, napełnił moje serce. Trzynaście lat apologetycznych studiów doprowadziło mnie do niezłomnego przekonania. Znam dobrze fakty i argumenty obu stron, analizowałem je, jedne z nich rozsypały się w ręku jak piasek, podczas gdy inne stawały się coraz silniejsze, podobne skale, zdolne podtrzymać wiarę myślącego człowieka.

*) Sofistyka — sztuka dowodzenia rzeczy fałszywych w założeniu, przy pomocy błędnych wniosków i pozornie słusznych argumentów, dowodzenie za pomocą fałszu ubranego w pozory prawdy.

Niech ci, którzy zreformowali swoje życie pod wpływem moich kazań, nie wracają na złe drogi. To, co głosiłem im, było prawdą. Niech wspomną, że nigdy nie mówiłem do nich o boskim pochodzeniu rzymskiego kościoła lub o nieomylności papieża. Niech zachowają to, czego nauczyli się ode mnie i niech uczynią dalszy krok. Niech szukają Pana, który jest bliskim, szukającym Go. Wiem, że nie jest rzeczą łatwą dla rzymsko-katolika znaleźć prawdę z powodu przeszkód czynionych przez cenzurę, kościelną. Będąc ograniczonym jednym systemem myślenia i nie mogąc porównać go z innym, niełatwo jest mu znaleźć prawdziwą drogę. Jeśli Biblię, prawdziwe Słowo Boże, może on czytać tylko w świetle interpretacji narzuconej przez ludzi, będzie mu trudno zrozumieć, co Pan Jezus myślał, gdy rzekł: „Proście, a będzie wam dano; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzono” (Ew. św. Mat. 7,7).

Niech nikt nie myśli, że opuszczam zakon jezuitów z powodu osobistej niezgody z moimi przełożonymi. Niestety, prawdą jest, że przełożeni zakonu nie zawsze okazują miłość i ojcowskie zrozumienie. Niech mi jednak będzie wolno pierwszy raz po moim nawróceniu dać wyraz w pisemnej formie: mojej wdzięczności i poważania dla ojca prowincjonalnego i ojca przełożonego rezydencji. Ich stosunek do mnie nacechowany był zawsze duchem chrześcijańskim. Z bólem opuszczam Instytut Loyoli, który z tylu nadziejami i ideami i przy tylu ofiarach założyłem, i którego dyrektorem byłem przez pięć lat. Ponieważ dyrektorem jego może być tylko rzymsko-katolik, więc jak długo zasada ta będzie obowiązywała, nie mogę zajmować tego stanowiska. Jestem bardzo wdzięczny moim przyjaciołom i opiekunom Instytutu za ich pomoc i zapewniam, że praca byłą prowadzona zgodnie z ich pragnieniami.

Mój ojciec i moi krewni bardzo zasmucą się myśląc, że stałem się apostatą, że wyrzekłem się wiary ojców. Niech jednak uważnie czytają tę książeczkę i proszą, by Pan oświecił ich serce, a sami przekonają się, że szukanie czystej Ewangelii, wolnej od dodatków i uzupełnień ludzkich, nagromadzonych w przeciągu wieków, nie jest wcale odstępstwem od wiary chrześcijańskiej.


NIEOMYLNOŚĆ PAPIEŻA

Kościół Rzymskokatolicki opiera dogmat o nieomylności papieża na fakcie, że Pan Jezus dał ap. Piotrowi klucze królestwa niebieskiego.

„A ja ci też powiadam, żeś ty jest Piotr; i na tej opoce zbuduję kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go; i dam ci klucze królestwa niebieskiego; i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech; i cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech” (Ew. św. Mat. 16, 18—19).

Takie są słowa Jezusa Chrystusa. A co mówi kościół rzymsko-katolicki? „Dam klucze tobie i twoim następcom... Na tej skale, którą jesteś ty, Piotrze, i twoi następcy... Cokolwiek zwiążesz ty i twoi następcy, będzie związane...”.

Kościół rzymsko-katolicki wie, że Jezus Chrystus nie powiedział „twoi następcy”, lecz podaje to jako dogmaty wiary, że On to miał na myśli. Stąd jasno wynika, że jeśli następcy ap. Piotra, czyli papieże, mają klucze królestwa niebieskiego, to nie ma innej drogi do niego jak tylko przez czynienie tego, czego ten kościół naucza. Na podstawie tego kościół rzymsko-katolicki dumnie twierdzi, że poza tym kościołem nie ma zbawienia.

Zapoznajmy się bliżej z tą sprawą, podchodząc do niej bardzo poważnie. Jeśli Piotr i jego następcy zamkną drzwi dla kogoś, a Jezus Chrystus je odemknie lub jeśli Piotr i j e g o następcy odemkną drzwi, a Jezus Chrystus je zamknie, to cała sprawa dania kluczy Piotrowi jest niczym innym, jak pustą grą słów. Otrzymanie kluczy na tych warunkach przez Piotra i jego następców nie miałoby żadnego znaczenia dla nich. Jeśli Piotr i jego następcy rzeczywiście otrzymali klucze królestwa niebieskiego od Jezusa Chrystusa, to jeśli oni odemkną drzwi, nikt nie ma prawa ich zamknąć i jeśli oni zamkną to muszą one pozostać zamkniętymi. Lecz czy taki jest rzeczywisty stan? Kościół katolicki twierdzi, że tak jest w rzeczywistości. Wynikałby z tego logiczny wniosek, że Jezus Chrystus zrzekł się na zawsze i we wszystkich wypadkach prawa do sądzenia ludzi, zaś Piotr i jego następcy byliby absolutnymi panami i sędziami nieba i ziemi w sprawach dotyczących zbawienia duszy ludzkiej. Tylko ci, którym Piotr i jego następcy zezwolą, wejdą do królestwa niebieskiego, a ci, którym nie zezwolą, pozostaną zewnątrz królestwa. Jeśli tak jest rzeczywiście, to pozwólcie się zapytać, co znaczą słowa Pana Jezusa w Ewangelii św. Mateusza w 25 rozdziale:

„I będą zgromadzone przed nim wszystkie narody, i odłączy jednych od drugich, jak pasterz odłącza owce od kozłów. I postawi owce po prawicy swojej, a kozły po lewicy. Wtedy rzecze król tym, którzy będą po prawicy jego: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie królestwo wam zgotowane od założenia świata. Albowiem łaknąłem i daliście mi jeść...” (wiersze 32 — 35). „Potem rzecze i tym, którzy będą po lewicy: idźcie ode mnie przeklęci, w ogień wieczny... Albowiem łaknąłem i nie daliście mi jeść...” (wiersz 41 i następne).

W poprzednim .zaś rozdziale Chrystus mówi:

„Przetoż i wy bądźcie gotowi, bo Syn Człowieczy przyjdzie w chwili, w której się nie spodziewacie. Kto tedy jest sługą roztropnym, którego postawił pan nad czeladzią swoją, aby im dawał pokarm czasu swego? Błogosławiony sługa ów, którego pan, jego, gdy przyjdzie, znajdzie tak czyniącym. Zaprawdę powiadam wam, że go nad wszystkimi dobrami swymi postanowi” (rozdz. 24, wiersze 44—47). Mówiąc zaś o słudze niewiernym Pan zaznacza:

„Przyjdzie Pan Owego sługi, dnia, którego się nie spodziewa. I rozetnie go, i wyznaczy mu dział równy z obłudnikami” (w. 50—51). W 13 rozdziale Ew. Łukasza Pan mówi:

„Usiłujcie wejść przez ciasną bramę: albowiem powiadam wam: wielu będzie chciało wejść, ale nie będą mogli. Skoro wstanie gospodarz i zamknie drzwi, i poczniecie stać przede drzwiami, mówiąc: Panie, Panie,  otwórz nam! i odpowiadając powie wam: nie wiem skąd jesteście” (w. 24—25).

W podobieństwie o pszenicy i kąkolu Jezus Chrystus wyraźnie zaznacza, że słudzy, znalazłszy kąkol, mówią do pana swego: „Chceszże więc, abyśmy poszli i pozbierali go? Lecz pan rzekł: Nie, ażebyście zbierając kąkol, nie wykorzenili razem z nim i pszenicy. Dopuście obojgu społem rość aż do żniwa; a czasu żniwa rzekę żeńcom: zbierzcie pierwej kąkol i zwiążcie go w snopki ku spaleniu; ale pszenicę zgromadźcie do gumna mojego” (Mat. 13,28— 30). Uczniowie zwracali się do Niego o wyłożenie tego podobieństwa i otrzymali wyraźne oświadczenie Jezusa: „Ten, który rozsiewa dobre nasienie, jest Syn człowieczy, a rola to świat, a dobre nasienie to synowie królestwa, a kąkol to synowie złego, nieprzyjaciel zaś, który je zasiał, to diabeł... Pośle Syn Człowieczy Aniołów swoich, a oni zbiorą z królestwa jego wszystkie zgorszenia, i tych, którzy nieprawość czynią” (Mat. 13, 37—38 i 41 w.).

Zwróćmy uwagę naszą na fakt, że Pan Jezus nigdzie nie mówi o tym, jakoby On miał przyjąć tych, których rozgrzeszyli apostołowie i uznali ich za godnych królestwa niebieskiego. W każdym zaś wypadku On sądzi sam bezpośrednio lub przez swoich aniołów. Sędzią, który wyda wyrok i oddzieli dobrych od złych, jest wyłącznie Jezus Chrystus, a nikt inny. Czyż nie powtarzamy w składzie apostolskim: „Przyjdzie sądzić żywych i umarłych?”

Postawmy sobie teraz pytanie: czy w dniu ostatecznego sądu Jezus Chrystus zabierze klucze od Piotra i jego następców, które im dał przedtem, i zacznie sądzić ponownie to; co oni już poprzednio osądzili? Jeśli tak będzie w rzeczywistości, to jakie znaczenie będzie miało otwieranie drzwi przez Piotra i jego następców, gdy je Pan Jezus potem zamknie lub też, gdy to, co oni zamknęli, On otworzy? Klucze w takim razie nie mają dla nich żadnej wartości. Czy może powiemy, że w ostateczny  dzień sądu Pan Jezus Chrystus przyjdzie tylko ratyfikować to, co Piotr i jego następcy załatwili? W takim razie .nie byłoby prawdą to, co Chrystus mówił, że przyjdzie sądzić lub gdy mówi w Obj. św. Jana: „To mówi Święty, Prawdziwy, mający klucz Dawidowy, który otwiera i nikt nie zamknie, i zamyka, a nikt nie otworzy” (3 rozdz. 7 wiersz).

Problemu tego nie mogą rozwiązać rzymsko-katolicy. Toteż żaden ich apologeta nie łączy faktu dania kluczy Piotrowi z sądem ostatecznym, obawiając się wynikających z tej nauki konsekwencji.

Kładliśmy szczególny nacisk na słowa „Piotr i jego następcy” z tego powodu, że kościół rzymsko-katolicki tak uczy. Musimy jednak zauważyć, że zarówno Pan Jezus jak i Jego apostołowie ani razu nie powiedzieli tego. Ten rzymsko-katolicki dodatek do Słowa Bożego mówi sam za siebie każdemu, kto sądzi bezstronnie i szuka uczciwie prawdy, pozwala posądzać o sofistykę. Jezus Chrystus bardzo wyraźnie mówi „TOBIE” dam klucze i co „TY” otworzysz będzie otworzone, a co zamkniesz będzie zamknięte. Ani jeden raz nie mówi On „tobie i twoim następcom” lub „co ty i twoi następcy” otworzą, będzie otwarte. Jezus nigdy nie mówił o następcach Piotra i nie dał kluczy kościołowi. On nie powiedział: „Na tej skale zbuduję kościół mój i dam mu klucze królestwa niebieskiego”. Nie dał On też kluczy dwunastu apostołom, lecz dał je tylko Piotrowi: „Dam ci klucze...”.

Cóż w takim razie oznaczają te klucze, które były dane tylko jednej osobie z prawem używania?. Powiedzenie to nie odnosi się do prawa „wiązania i rozwiązywania”, gdyż to prawo, zgodnie z Ew. Mat. 18 rozdział, nadane było wszystkim apostołom. „Cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane i w niebie i co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie”. Nie łączmy przywileju kluczy, który był dany jednej osobie, z mocą wiązania i rozwiązywania, która była dana wielu. Ap. Piotr otrzymał tylko jedno polecenie, którego nikt inny nie mógł wykonać, a mianowicie: on inaugurował erę kościoła przez otwarcie drzwi królestwa niebieskiego najpierw dla Żydów i prozelitów w dniu Zesłania Ducha Świętego, a potem i wszystkim poganom w domu Korneliusza (Dz. Ap. 2,38; 10,44—48). Widocznie Jezus Chrystus pragnął dać Piotrowi klucze, podobnie jak dają klucze jakiegoś państwowego budynku znanej osobistości dla dokonania otwarcia. Widzimy to podczas ogólnego zgromadzenia jerozolimskiego zboru, kiedy to ap. Piotr z pewnym zadowoleniem i dumą stwierdza fakt nadania mu tego przywileju przez Pana:„A gdy się wszczął wielki spór o to, powstawszy Piotr, rzekł do nich: Mężowie bracia! wy wiecie, że od dawnych dni Bóg między nami zrobił wybór, aby przez usta moje poganie słuchali Ewangelii i uwierzyli” (Dzieje Ap. 15,7). Zauważmy, że ap. Piotr nie powiedział: „Mężowie bracia, wy wiecie, jak to Bóg uczynił wybór między nami i ustanowił mnie nieomylną głową kościoła, więc na mocy tego ja decyduję ex cathedra o sprawie, nad którą jest prowadzona dyskusja”. On tylko powiedział, że „Bóg między nami zrobił wybór, aby przez moje usta poganie słuchali Ewangelii...”.

Tym samym Piotr wyjaśnia znaczenie dania mu kluczy. Czy możemy to rozumieć w inny sposób?

„Tobie, Piotrze — mówi Chrystus — Ja dam klucze”. Nie „Tobie i innym apostołom”, gdyż jeden wystarcza do inauguracji. Lecz i Piotr, i inni apostołowie byli zdolni wiązać i rozwiązywać, poruszając moce niebieskie przez modlitwy. Chrystus nie rzekł „tobie i następcom twoim”, gdyż IDEA NASTĘPSTWA APOSTOLSKIEGO JEST NIE ZNANA W NOWYM TESTAMENCIE.

Apostołowie byli jedyną grupą świadków Jezusa Chrystusa. Nawet apostolstwo ap. Pawła było kwestionowane z tego powodu, że on nie „chodził” z Jezusem, przeciw czemu ap. Paweł bronił się, udowadniając, że widział Jezusa Chrystusa w chwale, co mu dawało prawo apostolstwa (l Kor. 9,1—3; 2 Kor. 12,1—6).

Który z papieży posiadał jeden z tych przywilejów? Na jakiej więc podstawie biskupi rzymscy roszczą sobie prawo do apostolstwa? Gdzie jest wypowiedź Jezusa Chrystusa lub ap. Piotra, że to prawo może być przeniesione na ima osobę poza dwunastoma Jego uczniami? JEZUS CHRYSTUS WYPOWIADAŁ SWOJE MYŚLI BARDZO DOKŁADNIE, wyraźnie podkreślał więc różnicę pomiędzy „ty”, „wy” i „on”.

„TY”, Piotrze, będziesz architektem — założycielem mego kościoła, tym który położył pierwszy kamień tego budynku, dając świadectwo o Mojej boskości, ty też będziesz przy jego inauguracji. Tobie dam klucze, udzielając ci przez to specjalnego zaszczytu.

„Wy”, apostołowie, razem z apostołem Piotrem, którego oświadczenie o Mojej boskości jest fundamentalnym kamieniem *) będziecie budować kościół Mój. Wszystko, co wy wykonacie przy budowie tego gmachu, będąc natchnieni przez Ducha Świętego i „wprowadzeni przez Niego we wszelką prawdę” (Ew. św. Jana 16,13), Ja potwierdzę.

„On”, Kościół, będzie miał pomoc, on będzie wyposażony w nadprzyrodzoną moc, której wszystkie moce piekła nie przemogą.

Tobie, Piotrze, dam klucze do otworzenia w celu inauguracji czasu łaski. Jemu, Kościołowi, dam moc przetrwania aż do skończenia dni. Z tego jasno widzimy, że Jezus Chrystus bardzo wyraźnie czyni rozdział pomiędzy jednym a drugim, dając każdemu to, co On chciał dać.


*) Św. Cyryl, w swojej książce czwartej o Trójcy, pisze: „Jestem przekonany, że przez skałę należy rozumieć niezmienną wiarę apostołów”. Św. Hilary, biskup z Poictir, w swojej drugiej książce o Trójcy, mówi: „Skałą jest błogosławiona i jedyna skała wiary, wyznanej przez ap. Piotra”. Sw. Jan Chryzostom, w swojej 55 Homilii do Ew. Mateusza, pisze: „Na tej opoce zbuduję kościół mój” — znaczy na tej wierze, którąś wyznał; a jakie było jego  wyznanie? Oto ono: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”. Św. Augustyn w swym komentarzu do pierwszego listu św. Jana mówi: „Co oznaczają słowa: „Na tej opoce zbuduję kościół mój?” Na tej wierze, którą tyś wyznał: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”,


Jest pewien tekst, którego katolicy używają do potwierdzenia swej nauki i który uważają za dostateczny dowód swego twierdzenia. „I oto, Jam jest z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata”, mówi Pan Jezus Chrystus, lecz ani On, ani apostołowie nie myśleli, że będą żyć aż do skończenia świata. A więc, twierdzą katolicy, Jezus Chrystus mówił o następcach Piotra i apostołów, inaczej Jego słowa nie miałyby rzeczywistego znaczenia.

Istotnie Jezus, dając tę obietnicę apostołom, nie myślał, że ich życie na ziemi będzie tak długo trwało. Ale wszystko, co On przyrzekł, zostanie wykonane lub już było wykonane dosłownie tak, jak On obiecał. Zauważmy, że On przyrzekł być z nimi aż do skończenia świata, czyli na zawsze. Tym samym Jezus obiecał im wieczne życie. Wtedy On z nimi już się nigdy nie rozłączy. Pewność tego zbawienia mieli oni w szczerej i prawdziwej wierze w Niego, zgodnie z tym, co Jezus mówił: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: kto słowa mego słucha i wierzy temu, który mię posłał, ma żywot wieczny” (Ew. św. Jana 5,24). On mówił, że będzie z nimi w czasie ich ziemskiej wędrówki i potem na zawsze. „Idę przygotować wam miejsce... żebyście, gdzie ja jestem, i wy byli” (Ew. Jana 14,2—3). Jezus Chrystus przewidział dyskusję, która będzie prowadzona na ten temat, dlatego mówił bardzo jasno i wyraźnie, gdyż od tego zależy znalezienie prawdy lub zguba w błędzie na wieki.

Chciejmy zauważyć, że Jezus podkreśla „będę z wami”, a nie z waszymi „następcami”, nie z „moim kościołem, jako organizacją”, lecz z „wami”. Te słowa mogą mieć tylko dwojakie znaczenie. Po pierwsze, znaczenie dosłowne, odnoszące się tylko do apostołów, o czym tylko co mówiliśmy. Po drugie, znaczenie ogólne, odnoszące się do apostołów, jako reprezentantów kościoła. Lecz to ogólne znaczenie dotyczy wszystkich wierzących, we wszystkich pokoleniach. Tu nie ma mowy o żadnej hierarchii kościelnej. Jezus jest i będzie z nami, którzy szukamy Go, miłujemy i wierzymy w Niego, aż do skończenia świata. To jest potwierdzone przez inne powiedzenie Jezusa: ,,Albowiem gdzie są dwaj, albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem w pośrodku ich” (Mat. 18,20). On nas nigdy nie porzuci i nie zapomni. Zapewnienie to jednak nie czyni nas nieomylnymi, pomimo że bramy piekielne nie zwyciężą kościoła. Tak długo, jak tylko będzie człowiek istniał na ziemi, .zawsze będą ci, którzy będą miłować Go i wykonywać Jego przykazania, będzie też i Jego kościół, założony przez Niego. To wszystko jest prawdą, radosną prawdą, lecz to nie daje nikomu tytułu do nieomylności.

Lecz, powiedzą katolicy, jeśli kościół wpadnie w dogmatyczne błędy, zostanie zwyciężony przez moce piekła, a szatan, ojciec kłamstwa i wszelkiego błędu, zapanuje nad nim, gdyż jeśli kościół zbłądzi w rzeczach wiary, zbłądzi w tym, co jest istotą jego misji i w ten sposób przyrzeczenie Jezusa nie będzie wykonane. Dlatego, aby przyrzeczenie „bramy piekielne nie przemogą go” mogło być spełnione, jest konieczne, by doktryny kościelne były przechowane bez błędów.

Odpowiadam na to, że w słowach Jezusa Chrystusa o tym, że moce piekła będą bezsilne wobec kościoła, jest myśl i o zachowaniu jego ciągłości. Nigdy nie mówił On, że w Jego kościele nie będzie żadnego grzechu i pomyłki. Nawet wśród dwunastu apostołów, wybranych przez Niego, jeden okazał się zdrajcą, a i pozostałych jedenastu nie było nieomylnymi i bez błędu. Pan Jezus musiał ciągle korygować ich postępowanie, a po Jego wniebowstąpieniu oni sami musieli bez przerwy zwalczać odchylenia doktrynalne, które pojawiały się wśród ich uczniów. Nie, Pan Jezus nigdy i nikomu nie dał „nieomylności” poza samymi apostołami, kiedy ci, będąc natchnieni przez Ducha Świętego, mówili i pisali w sprawach wiary. Ta nieomylność apostołów jest zupełnie wystarczająca, by zapewnić tych, którzy szukają prawdy, że ją znajdą.

Teraz, kiedy prawda jest w Jezusie i w tym, co apostołowie nauczali po zesłaniu Ducha Świętego, nie ma potrzeby, aby nieomylność była dawana komuś innemu. Temu, kto szczerze szuka prawdy, wystarczy powiedzieć: wskazując na Pismo Święte: Oto ona. Czytaj i zastosuj w praktyce to, czego ono naucza. Ten, kto czyni tak, jak ono naucza, będzie żył; kto uchyla się, od tej nauki — nie wejdzie do wiecznej szczęśliwości. Aby powiedzieć to, nie potrzeba być nieomylnym. Ponieważ zawsze będą tacy, którzy tak powiedzą i będą też, którzy będą czynić według ich słów, Chrystus mógł rzeczywiście powiedzieć, że bramy piekła nie przemogą Jego kościoła.

Jest jeszcze jedno powiedzenie w Ewangelii bardzo ściśle związane z tym, co powiedzieliśmy. Jezus Chrystus przyrzekł apostołom, że w dzień Ostatecznego Sądu usiądą z Nim na dwunastu stolicach, tworząc trybunał dla sądzenia dwunastu pokoleń Izraela (Mat. 19,28). Zauważmy jeszcze raz, że Pan Jezus ograniczył ten przywilej do dwunastu apostołów, nie dając w tym udziału nikomu innemu. On nic nie powiedział o tronach dla następców Piotra, którzy rzekomo będą zastępować go w przeciągu stuleci. Wszyscy inni, jak papieże, kardynałowie, biskupi, księża i laicy będą poddani sądowi tych dwunastu pod przewodnictwem Pana Jezusa Chrystusa. W ten sposób dwunastu apostołów z najwyższym Sędzią, naszym Panem, będą wyraźnie odseparowani od papieży i biskupów, którzy byli ich rzekomymi następcami.

To potwierdza raz jeszcze, że przywilej, nadany przez Jezusa Chrystusa apostołom, był przywilejem osobistym, nie przenośnym, nadanym na podstawie ich obcowania z Nim, jako przyjaciołom i współ założycielom Jego kościoła.

Zakończmy ten rozdział, tak jasny dla nas, którzy naukę Ewangelii przyjmujemy taką, jaką ona jest, a tak niezrozumiały dla rzymsko-katolików, którzy zamykają oczy na światło Ewangelii — następującym wnioskiem: chcąc udowodnić twierdzenie o nieomylności papieża, należałoby udowodnić, że Pan Jezus Chrystus dał klucze Piotrowi i jego następcom lub że Piotr, który jedynie był w stanie otwierać lub zamykać, przekazał wszystkie swoje przywileje swoim następcom, czyli biskupom rzymskim. Twierdzenia te nie mogą być przez nikogo udowodnione, nikt więc w całym świecie nie ma prawa sięgać po te przywileje i przywłaszczać sobie daru nieomylności.

*

Jako ilustrację do powyższych wywodów chcę przytoczyć pewne prawdziwe wydarzenie.. Grupa młodzieży ewangelicznej wracała pociągiem ze zjazdu młodzieży baptystycznej. Prowadzili oni między sobą ożywioną i wesołą rozmowę. Każdy z nich miął przypiętą wstążkę z napisem: Związek Młodzieży Ewangelicznej w Hiszpanii. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z ojców jezuitów i udając ciekawość spytał:

— A cóż to za wstążki ma każdy z was?

— Wstążki Związku Młodzieży Ewangelicznej — brzmiała gremialna odpowiedź.

— Czyż to jest możliwe? Protestanci? — rzekł jezuita. Któż to was pojmał i prowadzi na sznurku? — ciągnął dalej ojczulek, starając się szydzić z ich przekonań religijnych. Zobaczymy, rzekł jezuita, kto wam powiedział w co i jak macie wierzyć?

— Biblia — była krótka odpowiedź.

— Pięknie — pochwalił jezuita — lecz czy wy wiecie, że Biblia składa się z wielu ksiąg, wybranych spomiędzy wielu innych im podobnych. Jedne z nich są święte, przez Boga natchnione, inne zaś, tak zwane apokryfy, są tylko historią ludzi. Powiedzcie mi, proszę, kto wybrał te księgi święte i kto wam gwarantuje, że to są te właściwe, w które wy wierzycie? Jeśli za tym nie stoi nieomylny autorytet, wasza wiara w Biblię jest bez fundamentu.

Na małą chwilę młodzi zamilkli, zaskoczeni chytrymi argumentami jezuity, ale po chwili jeden z nich, zwracając się do niego z respektem,
rzekł:

— Czy ksiądz wie, ile „Boska komedia” Dantego ma części?

— Trzy — rzekł jezuita i dodał: Piekło, Czyściec i Niebo.

— A kto napisał „Odyseję” i „Iliadę”?

— Homer, oczywiście — rzekł zagadnięty.

— Czy na pewno?

— Absolutnie.

— Jeśli powiem, że „Boska komedia” Dantego ma jeszcze czwartą część opisującą Limbus, a „Iliada” i „Odyseja” są napisane przez Wergiliusza, co by ksiądz na to powiedział?

— Że jest pan nieukiem.

— Miałby ksiądz w tym zupełną rację. Lecz jeszcze jedno pytanie: chcąc być tego pewnym, czy potrzebuje ksiądz pytać się o to nieomylnego konsylium krytyków i historyków literatury?

— Nie.

— Naturalnie, że nie! Nikt z nas nie potrzebuje tego czynić. Nazwalibyśmy takiego osobnika głupcem i nieukiem, który by żądał opinii nieomylnej akademii nauki, zanim uwierzyłby, że „Boska komedia” ma trzy części, a nie cztery, że „Odyseja” jest utworem Homera, a nie Wergiliusza. Możemy się przekonać i być absolutnie pewnymi tego, co mówił Homer, Horacjusz i Wergiliusz, możemy też rozróżniać ich utwory bez pomocy nieomylnej akademii. Dlatego też jest zupełnym absurdem domaganie się nieomylnego autorytetu, który by decydował, w jaki sposób ma być rozumiane to, co mówili apostołowie, którzy w swej nauce naprawdę byli nieomylni. Nam zupełnie wystarcza znajomość tego, co oni powiedzieli, byśmy mogli być pewni naszej wiary. Powiem jeszcze coś więcej: kto ma prawo zabronić człowiekowi, czytać to, co pisali św. Mateusz, św. Jan, św. Piotr czy św. Paweł? A jednak kościół rzymsko-katolicki pozwala czytać jedynie pod warunkiem, że tekst będzie wyjaśniony przez rzymsko-katolickich teologów.

— To tylko dlatego — rzekł jezuita — że nie wszyscy są zdolni zrozumieć Biblię.

— Rzeczywiście, nie wszyscy też ludzie rozumieją utwory Dantego. Jednak pomimo to, że odczuwamy potrzebę komentarzy, nikomu nie przyszło do głowy zabronić czytania oryginału. Jeśli Ojcowie Bover, Pons lub Nacar-Colugna (wydawcy katolickiej Biblii hiszpańskiej) uczynią swoje uwagi na marginesie świętego tekstu, wtedy można czytać to, co św. Łukasz lub św. Jan, lecz jeśli brak katolickich uwag, wtedy to, co pisali św. Jan, św. Mateusz i św. Paweł musi być zamieszczone w spisie książek zakazanych. Cóż to za niedorzeczność i absurd! To, co napisał „pierwszy papież”, opoka kościoła, założonego przez Jezusa Chrystusa, jest zakazane tak długo, aż się znajdzie katolicki teolog, który udoskonalił sens tego, co on napisał. W ten sposób ten, który jest omylnym, nadaje ważność tekstowi napisanemu rzeczywiście przez nieomylnego.


KONIECZNA POTRZEBA WIDZIALNEGO KOŚCIOŁA

Ażeby przekonać, że papież i rzymsko-katolicki kościół jest nieomylnym, rzymsko-katolicy posługują się jeszcze jednym argumentem. Koniecznością jest, twierdzą oni, by ktoś stał na straży Pisma Świętego i doktryn Jezusa Chrystusa.

Rzeczywiście, i Pismo Święte, i nauka Chrystusa nie mogą być pozostawione na łaskę i niełaskę czyjegoś widzimisię. Z tym zgadzają się wszyscy protestanci. Jednak ta konieczność, a właściwie to przekonanie, nie dowodzi istnienia nieomylnego autorytetu. Ludzie zawsze pragnęli mieć nie podlegający dyskusji autorytet w sprawach religijnych, lecz taki autorytet nigdy nie istniał.

Dobrze byłoby, aby naród żydowski ogni miał taki nieomylny autorytet tłumaczący Pismo Święte. Wtedy ich kapłański trybunał nie osądziłby Jezusa Chrystusa jako blużniercy i kłamcy. Jeśli więc Bóg przez stulecia całe pozwalał, by tak bardzo ważne pytania były poddawane ciągłej dyskusji, to dlaczego by nie miał czynić tego samego i nadal? Jedyną logiczną konkluzją powyższego rozważania jest przeświadczenie, że powinien istnieć pewien autorytet (mógłby to być kościół. synagoga, synod lub jakiś komitet), który czuwałby nad zachowaniem czystości doktryn chrześcijańskich, podobnie jak to dzieje się i w innych gałęziach nauki. Tak na przykład nikt nie może sfałszować utworów Homera, Wergiliusza lub innych klasyków, jeśliby zaś ktoś się odważył na to, zawsze znajdą się upoważnieni specjaliści, którzy przy pomocy dokumentów udowodnią oryginalną treść. Jednak oni sami nic są nieomylni. Ludzie wiedzą o tym, lecz mimo to im wierzą. Nie ma więc przyczyny, dla której i w sprawach wiary nie mogłoby być tak samo. Chcąc zachować jakieś dzieło, utwór w niezmienionej postaci, nie potrzeba być nieomylnym. Żydzi potrafili zachować swoje księgi w niezmienionej postaci w ciągu całych stuleci, nie będąc nieomylnymi.

Tragiczną pomyłką kościoła rzymsko-katolickiego jest przekonanie, że kościół powinien dawać ludziom nowe doktryny oraz wskazywać drogę do wiecznego zbawienia. To jest jego największą pomyłką. Gdyby tak miało być w rzeczywistości, wtedy kościół istotnie musiałby być nieomylnym, jak apostołowie i ewangeliści. Lecz to nie jest zadaniem kościoła. Misja kościoła polega na nauczaniu ludzi, że prawdziwa droga do żywota prowadzi przez posłuszeństwo Słowu Bożemu, wyrażonemu w Piśmie Świętym, szczególnie zaś w Nowym Testamencie. To, co ap. Piotr i inni apostołowie podali, jest prawdą; to, co zostało przez nich potępione, jest bezsprzecznie błędem. Od tego czasu każdy, kto pragnie poznać prawdę, winien szukać jej w tym, co oni pozostawili w formie spisanych przez nich nauk. To jest epoka założona przez Pana Jezusa Chrystusa. Nieomylność tego jest zupełnie wystarczająca.

Lecz kościół rzymsko-katolicki chce według swej woli wnieść pewne poprawki i zmiany w doktrynach Chrystusa i apostołów, pragnie uzależnić zbawienie człowieka całkowicie od siebie, podczas gdy zbawienie zależy jedynie od Jezusa Chrystusa, naszego Boskiego Zbawiciela. On jest Drogą. On nigdy nie powiedział, że kościół jest drogą. „Jam jest ta droga, i prawda, i żywot” (Ew. Jana 14,6). Lecz kościół rzymsko-katolicki pragnie sam być tą drogą i rości sobie pretensje do posiadania wyłącznej prawdy, by w ten sposób móc ją dopasować do swych potrzeb. Dlatego stawia on swoich księży na miejsce Jezusa Chrystusa, a kościół na miejsce Słowa Bożego.


JEDNOŚĆ

Każdy prawdziwy kościół, twierdzą katolicy, powinien posiadać cztery charakterystyczne cechy: musi być jeden (stanowiący całość), musi być święty, powszechny (czyli katolicki) i apostolski. Jedynie prawdziwy kościół może posiadać te zasadnicze cechy, z których najważniejszą jest jedność. Rzymsko-katolicy twierdzą, że jest tylko jeden kościół, który te cechy posiada, a mianowicie: tylko kościół rzymsko-katolicki jest jedynym, zjednoczonym pod jednym pasterzem, w jedno stado, dlatego kościół rzymsko-katolicki jest prawdziwym kościołem, natomiast inne kościoły mają wiele stad i wielu pasterzy.

Na to odpowiadam, że gdy patrzymy na kościół Jezusa Chrystusa zupełnie bezstronnie, to musimy przyznać, że nigdy nie był on kompletnie zjednoczonym kościołem. Już apostoł Paweł uskarżał się na ten podział: „Jam jest Pawła, a ja Apollosa, a ja Kiefasa...” (I Kor. 1,12). „Czy Chrystus rozdzielony jest?” — zapytuje apostoł. Musimy przyznać, że od pierwszego wieku istnienia kościoła były rozmaite schizmy i herezje, które nie pochodziły z zewnątrz kościoła. Powstawały one wewnątrz i były zwalczane przez członków tego kościoła Biorąc to pod uwagę stwierdzamy, że kościół Jezusa Chrystusa nigdy nie stanowił jednego stada w sensie jedności tej, którą pragnął mieć w nim Pan Jezus Chrystus, jedności, na wzór istniejącej pomiędzy Nim i Jego Ojcem (Jan 17,21).

Istnieje jednak twierdzenie, że obecnie jest taki kościół, który moż'e poszczycić się tą jednością, gdzie jedno stado jest pod opieką jednego pasterza, a kościołem tym jest kościół rzymsko-katolicki. Oto jeszcze jeden przykład sofistyki. Każdy inny kościół może poszczycić się tym samym. Nawet wśród protestantów, gdzie jest najwięcej podziału na grupy, każdy kościół jest jednym. Jeden jest kościół luterański, jeden jest kościół anglikański, jeden też kościół metodystów. Lecz wszystkie te kościoły, mówią katolicy, są kościołami protestanckimi, a więc nie stanowi on jednej całości, jest podzielony. To jest prawda, lecz nie trzeba zapominać, że te wszystkie kościoły, razem z kościołem rzymsko-katolickim, należą do chrześcijaństwa, które dla niechrześcijan jest najbardziej podzieloną religią. Ci, co czynią zarzut protestantyzmowi, że jest tak podzielony, powinni pamiętać, że ten sam zarzut może być postawiony i chrześcijaństwu. Buddysta lub mahometanin. może więc powiedzieć do chrześcijanina: „Zmień wyznanie, gdyż nie posiadasz prawdy”. Teraz widzimy, że ten argument, tak popularny w wypowiedziach Bosseuta, jest mieczem obosiecznym i w rzeczywistości niczego nie dowodzi.

Jakże możemy rozpoznać prawdziwy kościół wśród tylu innych? Nie według jedności, gdyż wszyscy ją posiadają, lecz według ilości i jakości chrześcijańskich cnót, które dany kościół posiada. Prawdziwym kościołem będzie więc ten, który w swych doktrynach i praktyce stoi najbliżej nauki apostolskiej, zawartej w Piśmie Świętym. Nie dlatego, że jest jeden, lecz że stanowi jedną całość z Jezusem Chrystusem.


MARIA — MATKA JEZUSA

Po rozważeniu wszystkiego, co było dotychczas powiedziane, następujące zdanie może być niespodzianką dla wielu: powinniśmy kochać i czcić Pannę Marię, matkę Jezusa, szczerym sercem. Kto miłuje Boga, miłuje i tego, kto pochodzi od Boga. Z tego wynika obowiązek miłości bliźniego. Kto miłuje Pana Jezusa Chrystusa, miłuje też wszystko, co jest Jego, podobnie, jak kto miłuje bliźniego, miłuje i tych, którzy należą do niego, jak rodzinę i przyjaciół. Stąd wynika obowiązek miłowania Panny Marii, matki Pana naszego Jezusa Chrystusa. Kto mógł być Mu tak bliski, jak Jego matka? Ona Go otaczała macierzyńską opieką, służyła Mu i kochała Go przez całe Jego życie, spełniając wszystkie Jego pragnienia. Ci z nas więc, którzy miłują Jezusa, muszą też miłować matkę Jego i być jej wdzięcznymi za wszystko, co uczyniła dla Niego.

Lecz wszystko ma swoje granice. Nie możemy miłować Panny Marii więcej, niż Pana Jezusa, ani też stawiać jej ponad Niego, ani czynić z niej centrum naszego życia chrześcijańskiego.

Miejsce, które należy do Jezusa Chrystusa, nie może być oddane komu innemu, chyba że On Sam je odda. Jeśliby On za swego życia na ziemi po
lecił nam, byśmy to uczynili, powinniśmy to wykonać zgodnie z Jego Boską wolą. Lecz On nigdy nie powiedział, nie mówili też i Jego apostołowie, że łaska zbawienna dla ludzi przychodzi przez Marię. Powszechne pośrednictwo Marii jest rzymsko-katolickim dodatkiem, nie mającym podstawy w Piśmie Świętym. Katolicka gloryfikacja Marii jest wręcz przeciwna nauce Nowego Testamentu.

Prawdą jest, że była ona nazwana przez anioła Gabriela: „Błogosławioną między niewiastami”. Jako taka jest też ona uznawana i uwielbiana przez ewangeliczne chrześcijaństwo. Musze się przyznać, że ja, podobnie jak i inni katolicy, miałem błędne pojęcie o sposobie, w jaki Maria jest uwielbiana przez protestantów. Dopiero gdy wszedłem w kontakt z nimi, zobaczyłem swój błąd. Nikt więcej w swoim sercu nie kocha Marii niż tak zwani protestanci. Lecz w świetle nauki Ewangelii oni nie mogą jej postawić ponad Pana Jezusa Chrystusa. Nigdzie w Piśmie Świętym nie jest powiedziane, żeby ona była nazywana Powszechną Pośredniczką, Królową Aniołów lub że od niej zależy otrzymanie łaski i błogosławieństwa Bożego.

Czytamy w Ewangelii, że gdy matka Jego szukała Go i gdy Panu Jezusowi powiedzieli: „Oto matka twoja i bracia twoi szukają cię”, odpowiedź, którą On dał zadziwi katolików, przyzwyczajonych do jej tytułu „Królowa Nieba”. „Któż jest matką moją, albo braćmi moimi? I spojrzawszy dookoła po tych, którzy koło niego siedzieli, rzekł: oto matka moja i bracia moi. Albowiem ktobykolwiek czynił wolę Bożą, ten jest bratem moim, i siostrą moją, i matką moją” (Ew. Marka 3,35—35).

Podobnie, gdy pewna niewiasta, podniecona Jego mową, zaczęła gloryfikować Pannę Marię, mówiąc: „Błogosławiony żywot, który Cię nosił, i piersi, któreś ssał”. Pan Jezus zamiast pochwalić ją za to, że wielbiła Marię, której zgodnie z nauką katolicką ta chwała się należała, i zamiast zachęcić innych, by poszli za przykładem tej kobiety, odpowiedział niewieście: „Owszem, błogosławieni są, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go” (Ew. Łukasza 11,27—28).

Pan Jezus nie przeczył temu, że ona jest błogosławioną, lecz w obu tych wypadkach kierował uwagę nie na jej przywilej, lecz raczej na jej wiarę i posłuszeństwo słowu Bożemu.

Zupełnie co innego można zaobserwować u rzymsko-katolików. Wielka cześć oddawana Marii spowodowała, że w tym kościele jest więcej świątyń, zakonów poświęconych i dających uwielbienie Marii, niżeli Panu Jezusowi. To jest kompletnym odwróceniem wartości.

Na takie wywody katolicy odpowiadają: „Ona jest naszą Matką”. Chciejmy więc zanalizować to katolickie twierdzenie. Jest ono oparte na słowach Pana Jezusa wypowiedzianych na krzyżu: „Oto matka twoja” (Ew. Jana 19,27). Św. Jan jest jedynym ewangelistą, który to zapisał. Katoliccy komentatorzy przypisali tym słowom Pana naszego takie znaczenie, że On uczynił Marię matką wszystkich pokoleń ludzkich, tych które były, są i będą oraz że polecił jej wszystkich ludzi jako synów.

W Ewangelii jest wyraźnie zaznaczone, że Pan Jezus polecił wszystkich ludzi Piotrowi, gdy rzekł:

„Paś baranki moje, paś owce moje” (Jan 21,15—17). Pan Jezus nie miał stad owiec lub baranków. Widocznie mówił On o ludziach. Polecił Piotrowi tych, których uważał za owce ze Swego stada, od których miał być wkrótce odjęty pasterz. „Zaopiekuj się nimi. Piotrze, paś je dobrą nauką, którą przyjąłeś ode mnie”.

Dlaczego więc Jezus polecił owce swoje Piotrowi jeśli już przedtem oddał je pod opiekę Marii, nie tylko jako pasterki, lecz jako matki? Czyżby nie miał On zaufania do Swej matki lub myślał, że opieka jej jest niedostateczna? Te dwie wypowiedzi Pana naszego w katolickiej interpretacji zaczynają przeczyć jedna drugiej i tracą sens. Prawdą pozostaje, że Pan Jezus matkę swoją polecił opiece ap. Jana, a ludzi polecił opiece ap. Piotra.

Gdyby Pan Jezus chciał, byśmy Marię uznawali za naszą matkę, powiedziałby do tych, co stali około Jego krzyża: „Oto matka wasza”, zamiast mówić tylko do Jana: „Oto matka twoja”. Nic by Mu też nie przeszkodziło powiedzieć do matki swojej: „Oto dzieci twoje”. Gdyby podczas ukrzyżowania Jego nie było tam nikogo innego oprócz Jana, katolicka interpretacja byłaby usprawiedliwiona, lecz wiemy, że tam była Maria Magdalena i inne pobożne niewiasty, byli tam i uczniowie, i inni.

Ewangelia mówi o tym bardzo wyraźnie, że Pan Jezus mówił tylko do Jana, prosząc go, by on był synem dla Marii, by miał staranie o niej, jak syn i pocieszał ją w jej osamotnieniu z synowską miłością. Potem, zwracając się do Marii prosił ją, by nie rozpaczała, a wzięła Jana, Jego ukochanego ucznia, na Jego miejsce, jak syna.

Nie ma podstawy do zrozumienia słów Jezusa: „Oto matka twoja” w przenośnym znaczeniu. Znalazł się jednak pewien mówca, który stworzył całą poezją z tych słów. Poezja ta stała się dość popularną, tradycja ją przechowała i na niej został oparty katolicki kult Marii.

Nie zapominajmy tego, co było mówione odnośnie nieomylności papieża i dania kluczy Piotrowi: Pan Jezus wiedział, co i jak powiedzieć, wyrażał swoje myśli jasno i jednoznacznie. 


TRADYCJA

Kościół Rzymskokatolicki naucza, że naszą wiarę mamy opierać nie tylko na Piśmie Świętym, lecz i na tradycji. Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że kościół ten nie może się obejść bez tradycji, chcąc utrzymać wszystkie dogmaty, podawane do wierzenia swym wyznawcom, gdyż jeśliby spróbował tego nie uczynić, wiele tych doktryn upadłoby z powodu ich bezpodstawności.

Na argumenty używane przez kościół rzymskokatolicki w celu uzasadnienia tradycji odpowiadamy:

PO PIERWSZE: nauki przekazane przez tradycję, a które są w Biblii, przyjmujemy na ich biblijnej podstawie. Argumenty zaczerpnięte z tradycji nie są wcale potrzebne.

PO DRUGIE: nauki, których nie ma w Biblii, a które kościół podaje na podstawie tradycji, zwykle przyjmujemy, o ile są zgodne z duchem Biblii. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że pisarze Nowego Testamentu byli nieomylni w tym, czego nauczali lub co pisali, i że wszystko, co wykonali, mówiąc lub pisząc pod przewodnictwem Ducha Świętego, było od Pana. My nie przyjmujemy tego na podstawie tradycji, lecz uważamy to za Słowa Boże. Wiadomo, że ojcowie i doktorzy kościoła wieków późniejszych nie byli nieomylni indywidualnie, z czym wszyscy się zgadzamy, a więc nie mogli też być nieomylni zbiorowo. Jeśli więc Pan im nie dał przywileju nieomylności, to ich nauki mogą być tylko mniej lub więcej bez zarzutów, lecz nie mogą oni być nieomylnymi.

PO TRZECIE: odnośnie prawd biblijnych, które tradycja zmieniła lub przerobiła, chcemy wyraźnie zaznaczyć: „Czy pragniecie, byśmy odeszli od nauki Pana Jezusa Chrystusa i Jego apostołów? Jeśli nie mielibyśmy im wierzyć, to tym bardziej nie możemy wierzyć wam”.

Nie ma dostatecznego powodu, dla którego doktryny przekazane przez tradycję miałyby być przyjęte jako część objawionej woli Bożej, jak to twierdzi Kościół Rzymskokatolicki, wskazując na fakt, że na początku wiara była rozpowszechniana przy pomocy żywego słowa, nie zaś przy pomocy czytania. Apostołom nie było powiedziane, by czytali Biblię, jeśli chcą być zbawieni. Twierdzenie to jest jeszcze jednym wielkim sofizmatem kościoła rzymsko-katolickiego. Na początku swej działalności Pan Jezus nic nie pisał, gdyż przygotowywał apostołów, którzy potem mieli nauczać i pisać to, czego On nauczał. Apostołowie też nie mogli mówić ludziom, by oni czytali nauki Jezusa, gdyż drukarni wówczas jeszcze nie było i zaledwie kilka kopii mogło być napisanych i niewielu mogło je mieć. Pomimo to błędne byłoby twierdzenie, że apostołowie rozpowszechniali wiarę w Jezusa Chrystusa tylko przy pomocy kazania, gdyż wszystko, co wykonywali osobiście, było potwierdzane przez listy, szczególnie zaś praktykował to apostoł Paweł. W dodatku oni i ich współwyznawcy napisali Ewangelie i Dzieje Apostolskie, i«nie mylimy się, twierdząc, że uczynili to oni w tym celu, by ludzie czytali i wierzyli w Jezusa Chrystusa (patrz Ew. św. Jana 20,31). Jeśli więc Pan dał im nieomylność w nauczaniu, to ta nieomylność dotyczy nie tylko tego, co oni mówili, lecz i tego, co napisali. Dlatego po śmierci apostołów każdy, kto szczerze szuka prawdziwej nauki Jezusa Chrystusa, może ją znaleźć w dokumentach, napisanych przez ludzi upoważnionych do nauczania Jego nauki zupełnie nieomylnie.

Oczywiście, nie wszystko to, co mówił Jezus lub apostołowie zostało zapisane na stronicach Nowego Testamentu. Wiele z ich nauki nie było konieczne do zanotowania. Ewangelista Jan (21,25 mówi: „Jest i wiele innych rzeczy, które czynił Jezus; które gdyby miały być wszystkie jedne po drugich spisane, mniemam, że i sam świat nie zmieściłby w sobie ksiąg, które by napisane były”. Na podstawie tych słów kościół rzymsko-katolicki wywodzi potrzebę przyjęcia tradycji, która przekazałaby całość doktryn wiary.

Odrzucając to twierdzenie, zaznaczamy, że niedorzecznością jest mniemać, że Pan Jezus lub Jego apostołowie nauczaliby czegoś, co nie zgadzałoby się z poprzednimi ich naukami lub też mniemać, że pisali oni rzeczy podrzędne, pomijając sprawy pierwszej wagi, konieczne do zbawienia duszy ludzkiej. Na tej podstawie, pomimo że zgadzamy się, że nie wszystko zostało zapisane, jesteśmy zupełnie pewni, że Pismo Święte zawiera całą prawdę o Panu Jezusie Chrystusie i podaje nam wszystko, co jest konieczne do osiągnięcia żywota wiecznego.

Misją kościoła jest, powtarzamy jeszcze raz,  nic innego, jak tylko trzymanie otwartym i dostępnym skarbu zbawiennej nauki i pilnowanie, by nikt nie zmieniał i nie przerabiał jej. Kościół nie ma prawa dodawania lub zmieniania prawd wiary.


POST EUCHARYSTYCZNY

Pan Jezus Chrystus udzielił eucharystii apostołom od razu po wieczerzy. Lecz rzymsko-katolik, jeśli pragnie przystąpić do komunii, musi pościć od północy. Jeśli ktoś z powodu choroby przyjmie lekarstwo lub przez zapomnienie napije się wody, nie jest godzien przyjęcia ciała Pana Jezusa Chrystusa. Natomiast ten, kto stracił panowanie nad sobą lub nawet ukradł, może przyjąć komunię, gdyż popełnił grzech powszedni. W ten więc sposób, zgodnie z nauką kościoła, ten, który popełnił świadomie grzech powszedni, jest bardziej godny przyjęcia Pana niż ten, co wykonał uczynek, nic wspólnego nie mający z niedoskonałością. Czy może ktoś wie-: rzyć w to, że tam gdzie pigułka lub trochę wody zostało przyjęte, nie może wejść Pan Jezus? Czyż On nie powiedział, że „Co z serca pochodzi to pokala człowieka, a nie to, oo w usta wchodzi”?

Jest powiedziane w przepisach kościelnych, że jeśli zwrócić się z prośbą do Rzymu, to w wyjątkowych wypadkach można otrzymać dyspensę od postu. Jest to jeszcze jeden sofizmat katolicki, w dodatku pozbawiony praktycznej wartości. Czyż jest do pomyślenia, by np. człowiek o słabym sercu, który wie, że trochę lekarstwa sprawi mu natychmiastową ulgę lub człowiek wycieńczony pracą, potrzebujący kilku sucharków, by przetrzymać do czasu komunii — pisał do Rzymu o zezwolenie, które i tak nie przyjdzie na czas?

Przede wszystkim zaś, jakie zezwolenie jest potrzebne, by iść za przykładem Pana Jezusa Chrystusa? Czyż On wyraźnie nie powiedział: „Jam jest ta droga”? Wszyscy jesteśmy powołani do naśladowania Go i nikt nie jest w stanie powstrzymać nas od tego. Ewangelia bardzo wyraźnie mówi: „I gdy oni jedli, wziąwszy chleb, i pobłogosławiwszy, łamał i dawał im, mówiąc: bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje” (Ew. Marka 14,22). Jeśli więc dla Pana Jezusa nie miał znaczenia fakt, że ten chleb zmiesza się z tylko co zjedzoną wieczerzą, to dlaczego rzymsko-katolicki kościół troszczy się o to? Czyż on jest mądrzejszy i bardziej skrupulatny od Pana Jezusa Chrystusa?


OBOWIĄZKI

Jeśliby kościół rzymsko-katolicki był prawdziwym kościołem Pana Jezusa Chrystusa, to nie obarczałby ludzi bezpodstawnymi przykazaniami i przepisami. Ponieważ jednak czyni on to, nie jest więc prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa. Rozpatrzymy w tym rozdziale najważniejsze z tych ustanowień kościoła.

ODPRAWIANIE NABOŻEŃSTW W JĘZYKU ŁACIŃSKIM

Kościół rzymsko-katolicki naucza, że msza jest powtórzeniem krzyżowej ofiary, podczas której Pan Jezus Chrystus ofiaruje się bezkrawawo na ołtarzu, podobnie jak ofiarował się za nas na Golgocie przez przelanie Swojej krwi.

Ponadto tenże kościół twierdzi, że jest to autentycznym powtórzeniem ostatniej wieczerzy, podczas której Jezus przemienił chleb i wino w rzeczywiste Swoje ciało i krew.

To nie jest tylko pamiątką. To jest najważniejszy akt w katolickim nabożeństwie. Gdybyśmy się nawet zgodzili z tym, że msza jest powtórzeniem krzyżowej ofiary i Wieczerzy Pańskiej, to jednak sposób obchodzenia jej pozostaje niedorzecznością, gdyż, zgodnie z nauką kościoła rzymsko-katolickiego, nie wolno mszy odprawiać w innym języku, prócz łacińskiego. To ma tak wielkie znaczenie dla rzymsko-katolików, iż uważają, że lepiej jest nie celebrować mszy wcale, niż czynić to w innym języku niż łaciński.

Pogląd taki jest utrzymywany mimo to, że rozmowa podczas Ostatniej Wieczerzy i słowa Pana Jezusa, wypowiedziane na krzyżu, nie były mówione po łacinie i nie były też po łacinie zapisane. Wszystkim również wiadomo, że wierni uczestnicy nabożeństwa, dla których ono jest odprawiane, nie rozumieją łaciny. Oprócz tego, usługujący do mszy chłopiec, który reprezentuje wiernych, odpowiada księdzu po łacinie, lecz często nie wie, jak prawidłowo wymawiać łacińskie słowa i nie rozumie tego, co mówi, wskutek czego popełnia niekiedy nawet niedorzeczne pomyłki.

A więc treść poświęcono dla formy i rytuału, a środki stały się celem ze szkodą dla dusz ludzkich.

Nawet wielu księży ma dużo kłopotu ze zrozumieniem brewiarza, skutkiem czego mają z niego niewiele korzyści. Gdyby był pisany w ich ojczystym języku, rozumieliby go, i, poznając jego nauki mogliby używać go z większą powagą. Pomimo to każdy ksiądz, odmawiający modlitwy w swoim języku, popełnia grzech śmiertelny, jak twierdzi kościół rzymsko-katolicki.

Czy jest ktoś, kto uwierzyłby w to, że jeśli ksiądz powie do Boga: „Miserere mei Deus secundum magnam misericordiam tuam” — Bóg wysłucha jego modlitwę i będzie zadowolony, natomiast gdyby rzekł: „Miej litość nade mną, o Boże, według miłosierdzia Twego” — Bóg nie tylko nie wysłuchałby tej modlitwy, lecz skazałby go na wieczne potępienie?

Czy to nie przypomina nam ducha faryzeuszy, opisanego w Ewangeliach?

Tak więc, wierni podczas udzielania im sakramentu nic nie rozumieją, gdyż stosowany jest obcy im język. Rzymsko-katolicki kościół wie o tym bardzo dobrze, jednak woli, by wierni nie rozumieli nic i nie mieli wiele korzyści z tego. Ci, którzy rozumieją katolicką liturgię, z bólem myślą o tej stracie ponoszonej przez wiernych z powodu nie-rozumienia języka. Ileż mieliby korzyści i pomocy, gdyby rozumieli, co jest mówione przy chrzcie, pogrzebie, spowiedzi itd!

Jest rzeczą zupełnie usprawiedliwioną i konieczną, by kościół rzymsko-katolicki miał międzynarodowy język, gdyż jego wpływ przekracza wiele granic. Papież, ogłaszając jakiś dogmat lub rozporządzenie, czyni to w języku kościoła, gdyż kościół ten nie odziedziczył daru języków, danego apostołom. Lecz zauważmy, co ten kościół czyni, gdy jego rozporządzenia mają być przestrzegane przez wszystkich wyznawców: wysyła encyklikę, apostolską konstytucję, bullę, w języku łacińskim. Następnie w każdym kraju zostaje to przetłumaczone na język miejscowy, ażeby wszyscy rozumieli. Tu musimy zapytać: jeśli kościół rzymsko-katolicki tak dba o to, by jego rozporządzenia były zrozumiane przez wszystkich, dlaczego nie dba też o to, by jego wyznawcy odnosili korzyść duchową ze wszystkich ceremonii, odbywających się w kościele i z otrzymywanych tamże sakramentów?

Dziwne, że nie obchodzi to kościoła katolickiego, - podczas gdy apostołowie, ci nieomylni nauczyciele prawdziwej Ewangelii, przypisywali temu wielkie znaczenie.

Posłuchajmy, co mówi święty ap. Paweł w liście do Koryntów: „Wszak i rzeczy martwe, które dźwięk wydają, jak piszczałka albo cytra, gdyby . nie wydawały różnicy dźwięków, jakżeby poznać, co grają na piszczałce lub cytrze? Jeśli bowiem trąba niewyraźny głos wydaje, któż się do boju gotować będzie? Tak i wy, jeśli językiem nie wydacie mowy dobrze zrozumiałej, jakże poznać, co się mówi? albowiem będziecie mówili tylko na wiatr. Wielka zaiste jest rozmaitość głosów na świecie, a żaden z nich nie jest bez znaczenia. Jeślibym tedy nie znał mocy głosu, będę temu, który mówi, cudzoziemcem; a ten, co mówi, będzie mi także cudzoziemcem. Tak i wy, ponieważ gorliwie żądacie darów duchowych, starajcie się obfitować ku zbudowaniu zboru. Dlatego, kto mówi językiem niezrozumiałym, niech się modli, aby mógł wykładać. Bo jeżeli się modlę językiem niezrozumiałym, modli się duch mój; ale rozum mój nie przynosi pożytku. Cóż tedy? Będę się modlił duchem, będę się modlił i rozumem; będę śpiewał duchem, będę śpiewał i rozumem. Bo jeśli będziesz błogosławił duchem, jakże ten, który jest z prostaczków, na twoje dziękczynienie rzecze „Amen”, ponieważ nie wie, co mówisz? Ty wprawdzie pięknie dziękujesz, ale się drugi nie buduje. Dziękuję Bogu memu, że więcej, niż wy wszyscy, językami mówię, a wszakże wolę w zborze pięć słów zrozumiałych powiedzieć, aby i innych nauczyć, niżeli dziesięć tysięcy słów językiem niezrozumiałym” (I Koryntów 14,7—19).

Na to katolicy odpowiadają, że kościół pozwala wszystko tłumaczyć.

„Słowa, słowa, słowa”, możemy powtórzyć za Szekspirem. Smutny jest fakt, że w sprawch duchowych dóbr nieśmiertelnych dusz jest tyle sofistyki i gry słów, mających tragiczne skutki dla religii ludzkiej.

Rzeczywiście, wszystko może być przetłumaczone, lecz to nie zaspokaja naszych potrzeb. My potrzebujemy, by zarówno odprawianie mszy, jak i recytowanie przez księdza brewiarza odbywało się w języku zrozumiałym, tak dla recytującego jak i dla słuchaczy. Wyobraźmy sobie, ile potrzeba by było wysiłku i starania, gdyby ktoś bieżąco chciał przetłumaczyć to, co ksiądz mówi po łacinie.

W Hiszpanii wielu nie może sobie pozwolić na kupno tłumaczenia katolickiej liturgii, gdyż takie książki są bardzo drogie. Czy to nie jest stawianiem zbyt wielu przeszkód na drodze ku temu, co jest konieczne dla zbawienia, zgodnie z nauką kościoła rzymsko-katolickiego?

Zauważmy, że Pan Jezus Chrystus zawsze mówił do słuchających go ich językiem, a apostołom dał dar języków, by w ten sposób mogli być zrozumiani przez ludzi z różnych krajów, do których przemawiali.

Jakaż wielka różnica pomiędzy nauką i praktyką Pana Jezusa Chrystusa, a nauką i praktyką tych, którzy mienią się Jego kościołem!


SPOWIEDŹ

Przed opuszczającym szeregi Kościoła Rzymskokatolickiego powstaje bardzo ważna pytanie: „Kto będzie odpuszczał moje grzechy poza kościołem, z którego wychodzę?” Rzymsko-katolicki kościół uczynił spowiedź uszną konieczną do otrzymania przebaczenia grzechów. Dogmat ten jest oparty na słowach z Ewangelii św. Jana 20,23: „Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, i którymkolwiek zatrzymacie, są zatrzymane”. I w tym wypadku, jak i w wypadku przekazania kluczy Piotrowi, postawmy pytanie: „Do kogo Pan Jezus to powiedział?” Klucze były dane tylko jednej osobie: ap. Piotrowi, a kościół katolicki niesłusznie rozszerza to prawo na wielu. W tym wypadku prawo odpuszczania i zatrzymywania grzechów było dane wielu, którzy byli zgromadzeni razem z apostołami. Ewangelista Łukasz opowiada nam o tym, jak dwaj uczniowie, wróciwszy z Emaus, znaleźli zgromadzonych jedenastu „i tych, którzy z nimi byli” (Łuk. 24,33), zaś Ewangelista Jan pisze: „Gdy tedy był wieczór dnia onego pierwszego po sabacie, i drzwi były zamknięte, gdzie byli uczniowie zgromadzeni dla bojaźni Żydów, (zważmy, że on nie mówi „jedenastu” lub „apostołowie”) przyszedł Jezus i stanął w pośrodku nich, i rzekł im: „Pokój wam” (Ew. Jana 20,19). „A to rzekłszy, tchnął na nich (zauważmy, że On nie czyni różnicy między zgromadzonymi) i rzekł im: weźmijcie Ducha Świętego. Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone; i którymkolwiek zatrzymacie, są zatrzymane” (Ew. Jana 20, 22—23).

Nie był to więc przywilej dany tylko apostołom, przywilej, który oni mogli przekazać swoim następcom. Czyż to możliwe, powie rzymsko-katolik, ażeby kapłańską moc przebaczania grzechów Pan Jezus dał wszystkim, a nie wyłącznie apostołom?

Rzeczywiście, trudno jest wyobrazić sobie, by taki przywilej, rozumiany w świetle katolickiej nauki, mógł być udzielony w ten sposób. Lecz z drugiej strony jest zupełnie pewne, że apostołowie i uczniowie nie rozumieli słów Pana Jezusa w taki sposób, jak je interpretuje kościół rzymsko-katolicki. Mamy przecież wiele listów apostolskich, z których możemy dowiedzieć się, jak ci nieomylni auto-rowie rozumieli sprawę odpuszczania grzechów. Czy w tych pismach jest mowa o tym, ażeby apostołowie lub ordynowani przez nich prezbiterowie słuchali spowiedzi usznej lub udzielali absolucji na sposób katolicki? Nie, o tym tam nie ma mowy. Ani jeden urywek z tych pism nie poleca spowiadania się przed apostołami, prezbiterem lub biskupem. W Dziejach Apostolskich nie znajdujemy ani jednego wypadku takiej spowiedzi. Natomiast mamy inny przykład, jak apostoł Piotr traktował sprawę spowiedzi. Oto on mówi do Szymona czarnoksiężnika: „Przetoż upamiętaj się w tej złości swojej, i proś Boga, czyliby ci nie mógł być odpuszczony 'ten zamysł serca twego” (Dzieje Apost. 8,22).

On nie polecił mu uczynić spowiedzi przed kimś z ludzi. Czyżby apostoł Piotr zapomniał o swoimprawie przebaczania grzechów?

Święty Jan zaś pisze: „Dziatki moje, to wam piszę, abyście nie grzeszyli; a jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa sprawiedliwego, i On jest ubłaganiem za grzechy nasze” (l List św. Jana 2, l—2). Apostoł nie mówi: „Jeśli kto zgrzeszy, niech się zgłosi do nas, my mamy prawo nadane nam przez Pana do odpuszczania grzechów”. Żaden z apostołów czegoś podobnego nie powiedział.

Całkowity brak wzmianki o usznej spowiedzi w Nowym Testamencie prowadzi nas do jedynej tylko możliwej interpretacji słów Pana Jezusa Chrystusa. Jeśliby apostołowie wierzyli, że tylko grzechy przez nich przebaczone są naprawdę przebaczonymi, na pewno stale mówiliśmy o tym, jak to czynią katoliccy księża, że uszna spowiedź uczyniona przed nimi lub przed ludźmi postanowionymi przez nich jest konieczna. Ponieważ jednak apostołowie nie mówią o tym, możemy być zupełnie pewni tego, że oni nie rozumieli słów Pana Jezusa w ten sposób, jak je rozumie kościół katolicki,

Gdybyśmy nawet przypuścili, że słowa Pana Jezusa oznaczają to, co wnioskuje z nich kościół katolicki, to faktem jest, że apostołowie i uczniowie praktycznie nigdy nie użyli tego prawa. Czyż mając prawo do przebaczenia grzechów, apostołowie pozostawiliby wszystkich wiernych z nie przebaczonymi winami? Niemożliwością jest, b,y Pan Jezus uzależnił zbawienie duszy ludzkiej od udzielanego lub wstrzymanego przez kogoś odpuszczenia. Oczywiste jest, że i sami apostołowie nie mieli takiego przekonania.

Jakież znaczenie w takim razie mają słowa Pana Jezusa? Zanim na to odpowiem, chcę przypomnieć, że to nie jest praca teologiczna lub podręcznik apologetyki, co już na wstępie było zaznaczone. Z tego powodu nie jest tu miejsce na wyczerpującą egzegezę Nowego Testamentu, a tylko na podanie przyczyny mego wystąpienia z kościoła rzymsko-katolickiego. Ja osobiście widzę tyłka jedną przesłankę, którą kierowali się apostołowie, a którą i my możemy przyjąć. Oni byli wybrani dla rozpowszechniania dobrej nowiny — Ewangelii po całym świecie. Jezus rzekł do nich: „Idąc na wszystek świat, głoście Ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Ew. Marka 16,15—16). Zbawienie oznacza przebaczenie grzechów, a potępienie wyklucza przebaczenie tychże. Grzechy tych, którzy uwierzyli, słuchając Słowa Bożego, głoszonego przez apostołów, będą przebaczone, natomiast grzechy tych, którzy słuchając nie uwierzyli, nie zostaną przebaczone. Wiedząc, że pod wpływem kazań apostołów ludzie otrzymają wiarę, a przez nią zbawienie i przebaczenie grzechów, Pan Jezus powiedział do nich: „Grzechy przebaczone pod wpływem waszych kazań, będą przebaczone, a grzechy nie. przebaczone przez kazanie wasze, będą zatrzymane”.


CELIBAT KAPŁAŃSKI

Jest wiele argumentów, które mogą być użyte przeciw temu kościelnemu ustanowieniu. Ustosunkujemy się tylko do ważniejszych argumentów katolickich, które są podstawą do nałożenia tego ciężkiego obowiązku na księży. Kościół twierdzi: „Kapłański celibat ma swój początek w inkąrnacji. Syn Boży zjawił się w ciele, przez co zapoczątkował niepokalaną rodzinę”. Na to odpowiadamy, że gdy Pan. Jezus zakładał Swój kościół, Swoją i naszą rodzinę, nie szukał „niepokalanych”, lecz wybrał sobie za apostołów ludzi żonatych. Ponadto cała cudowność i doskonałość celibatu, opisywaną przez katolickich autorów, którzy starają się udowodnić konieczność istnienia tego prawa w stosunku do księży, może tak samo dobrze być zastosowana do proroków, patriarchów i kapłanów Starego Testamentu — a każdy dobrze wie, że za ich czasów takie zasady nie obowiązywały.

Bóg nigdzie nie powiedział, że mężczyzna, będący mężem i ojcem, nie nadaje się do stanu kapłańskiego. Dlaczego dziś celibat jest stawiany za konieczny warunek kapłaństwa?

Mówią, że dostojeństwo współczesnego kapłaństwa jest wyższe od starego. Bezsprzecznie, praca głosiciela Ewangelii jest świętą, lecz brać to za dowód konieczności bezżeństwa księży jest absurdem. Dlaczego tedy Pan Jezus nie wybrał sobie nieżonatych mężczyzn za apostołów, jak to było w wypadku Jana? Czy my mamy więc prawo mieć za nieczyste to, co Pan Jezus miał za czyste?

Misja kapłana i proroka w Starym Testamencie była świętą, może najświętszą, której człowiek mógł dostąpić. Oni reprezentowali Boga samego, oni tłumaczyli Boży zakon, oni też przynosili ofiary Bogu, składane przez lud. Pomimo że ich misja była tak świętą, Bóg nie żądał od nich bezżeństwa. Jak to więc mogło być? W niektórych wypadkach Bóg rzeczywiście wymagał od nich całkowitego poświęcenia się sprawie świętej, oddzielenia się od doczesnego trybu życia. Lecz to oderwanie się od małżeńskiego współżycia, przyjętego i błogosławionego przez Boga, trwało tylko krótki, określony czas. W podobny sposób i w Nowym Testamencie, jeśli kaznodzieja stacza walkę o nawrócenie się grzesznika lub gdy pragnie otrzymać szczególną łaskę od Pana, lub też specjalne błogosławieństwo Boże dla swych parafian, może być wskazane, by oddał się całkowicie modlitwie, postowi, odkładając na bok wszystko, co może mu przeszkadzać w osiągnięciu tego celu, lecz wyciąganie z tego wniosku o konieczności celibatu i nakładanie go na księży jest bez wszelkich podstaw Pisma Świętego.

Pan Jezus oświadcza, że sprawa bezżeństwa może być zrozumianą przez tego, komu to jest dane. Dlaczego zmuszać do bezżeństwa tych, komu to nie jest dane. Istnieje dosyć dowodów, że to zrozumienie nie jest dane wszystkim księżom, gdyż wielu tego nie rozumie i nie praktykuje. Dr Rau, dyskutując na ten temat z ojcem Monsabre, mówi: „Poza Boskim życiem, które jest tak „jedno”, nie ma nic tak „jednego” jak życie anielskie, a poza anielskim życiem nie ma tak „jednego” jak życie w celibacie” (Teologia del Calibato Virginal, strona 55).

Szkoda, że zostały zapomniane słowa Pana Jezusa Chrystusa: „A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co tedy Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza” (Mat. 19:6). Dr Rau przyznaje w swojej książce, z której poprzednio już cytowaliśmy, że celibat „jest darem Bożym, którego nie można osiągnąć samemu, lecz z Bożą pomocą każdy może go posiąść, dla wszystkich też jest ten stan ofiarowywany”. Lecz jednocześnie pytamy się, jak Bóg może ofiarować dla wszystkich dar celibatu, jeśli On pragnął, by tylko niektórzy go posiadali? Przy stworzeniu człowieka Bóg rzekł: „Rozradzajcię się, i rozmnażajcie się” (l Mojż. 1,28).

Św. Augustyn, ten wielki doktor kościoła rzymsko-katolickiego, argumentując w tej sprawie mówi: „Dlatego, że kościół w jego pochodzeniu i uduchowieniu jest niepokalany, dlatego też i kapłan powinien być niepokalany”. Bardzo wspaniały argument. Czy może społeczeństwo, jako moralna całość, być niepokalanym i czystym? Jeśli zaś on stosował to powiedzenie do jednostek tylko, to i tak musimy stwierdzić, że w początkach swoich nie byli oni niepokalani. Niektórzy z apostołów, nawet sam ap. Piotr, ich przywódca i „pierwszy papież”, nie był niepokalanym, kościół też w pierwszych wiekach nie był niepokalanym. Św. ap. Paweł poleca, by biskup był mężem jednej żony, a w swoim Liście do Koryntów (l Kor. 7,28—38) mówi, że dobrze jest żenić się, lecz pozostawać w stanie nieżonatym (w celibacie) według jego osobistego poglądu jest lepiej. Stąd wynika, że kwestia ta pozostaje do rozstrzygnięcia każdemu według jego zdania lub jeśli chcecie, jest to wyrazem większej lub mniejszej doskonałości. Niemniej małżeństwo nie jest złą rzeczą, nawet dla biskupa, jak to mówi ap. Paweł. Jeśli małżeństwo jest sakramentem, to dlaczego ono jest uważane za najcięższy grzech lub za najwstrętniejszy postępek, jeśli chodzi o księdza, który pojmie żonę?


KONKLUZJA

Ze wszystkiego, co dotychczas było powiedziane, czytelnik może wnioskować i przekonać się, na ile sprzeczne z nauką Ewangelii są dogmaty kościoła rzymsko-katolickiego i dlaczego ja w nie nie wierzę.

Jakkolwiek to są rzeczywiste powody, dla których wystąpiłem z kościoła rzymsko-katolickiego, to jednak one nie mówią o tym, co przyjąłem na ich miejsce.

Chcę to szczególnie podkreślić na zakończenie niniejszej broszury. Wszyscy mamy dusze nieśmiertelne i już od młodości stoimy przed wyborem wiecznego zbawienia lub wiecznego potępienia. Nie wystarcza porzucić jakąś doktrynę, koniecznością jest przyjęcie prawdy.

Pierwszym krokiem, który każdy rzymsko-katolik musi uczynić, jeśli chce iść za prawdą, jest wystąpienie z tego kościoła. Na tym się jednak nie kończy; musi uczynić też drugi krok, jeśli chce być zbawionym. „Musicie się na nowo narodzić” (Jana 3,7). Ten drugi krok ja też uczyniłem.

Często słyszy się powiedzenie, że każdy opuszczający kościół rzymsko-katolicki, nie ma gdzie się udać i nigdzie nie zazna schronienia. Znalezienie prawdy kosztowało mnie trzynaście lat trudu na łonie rzymskiego kościoła, lecz gdy tylko wystąpiłem z tego kościoła, od razu znalazłem schronienie. Zapytacie się, gdzie? W Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Otwórzmy Ewangelię według św. Mateusza rozdział l, wiersz 21 i czytajmy: „I nadasz Mu imię Jezus, albowiem On zbawi lud swój od grzechów ich”.

W Dziejach Apostolskich w rozdziale 4, w wierszu 12 czytamy: „I nie masz w nikim innym zbawienia; albowiem nie masz żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które byśmy mieli być zbawieni”. Na innym miejscu Ewangelista Łukasz pisze o pewnym faryzeuszu, który krytykował Pana Jezusa za to, że przyjął Marię Magdalenę i pozwolił jej namaścić Swoje nogi. Ona była znaną ze swego grzesznego życia, on, faryzeusz, był znany z pobożności, lecz to jego nie usprawiedliwiło w oczach Pana Jezusa, nie dało mu też prawa do zbawienia, podczas gdy ona, grzesznica, usłyszała takie słowa z ust Pana Jezusa: „Grzechy twoje są ci odpuszczone" (Łuk. 7;48). Kiedy inni obecni zaczęli wątpić, Pan" Jezus wyjaśnił im powód, dla którego kobieta ta dostąpiła usprawiedliwienia: „Wiara twoja zbawiła cię. Idźże w pokoju” (Łuk. 7,47—50).

Od dzieciństwa uczono mnie, że nasze własne uczynki zbawią lub potępią nas. Nasze zbawienie zależy całkowicie od nas samych, od naszego oddania się na usługi Niepokalanej. Oddanie się na usługi Marii jest gwarancją naszego zbawienia, noszenie medalików i zamawianie nowenn do świętych, pomaganie zmarłym do wydostania się z czyśćca, opłacanie mszy, kupowanie buli i prośby o odpusty — wszystko to jest konieczne do osiągnięcia zbawienia.

Wszystko to razem wzięte przyniosło mi tylko zwątpienie i zamęt. Wtedy jeszcze raz otworzyłem Ewangelię i usłyszałem słowa Pana Jezusa, wypowiedziane do największej grzesznicy: „Grzechy twoje są ci przebaczone”. Lecz, próbowałem protestować, łotr nie był ochrzczony. Mimo to Pan Jezus powiedział do niego: ,,Dziś ze mną będziesz w raju” (Łuk. 23,43).

Z piersi mej wydobył się krzyk: „Przecież ta grzesznica nie była u spowiedzi. Ona nie błagała Niepokalanej i nie otrzymała od niej zbawienia, a jednak Pan Jezus rzekł do niej: «Grzechy twoje są ci przebaczone!»” On też zapewniał, że ten, który wierzy w Niego nic umrze na wieki. I znowu: „Jam jest tą drogą... nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jana 14,6).

Potem czytałem, co pisze apostoł Jan: „Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny; ale kto nie wierzy Synowi, nie będzie oglądał żywota, lecz gniew Boży zostaje nad nim” (Jana 3,36).

„I to jest świadectwo, że nam Bóg dał żywot wieczny, a ten żywot jest w Synu Jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota” (l List Jana 5,11—12).

— Cóż tedy z dobrymi uczynkami? — myślałem sobie. Tu znowu przyszła odpowiedź z Ewangelii. Jakie dobre uczynki wykonał łotr na krzyżu? Jakie dobre uczynki wykonał syn marnotrawny, że go ojciec przyjął z powrotem za syna?

„Lecz tym, którzy Go przyjęli, dał moc stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego. Którzy nie ze krwi, ani z woli ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili” (Jana 1,12—13).

Dwadzieścia trzy lata, spędzone w zakonie, wywarły na mnie wielki wpływ i choć zwątpienia ustępowały, to jednak niezupełnie. Dobre uczynki. Konieczność dobrych uczynków. Uświęcającą moc dobrych uczynków, nakazanych przez zakon... Myśli te były torturą dla mnie.

Opuściłem rodzinę i wszystko, co było mi drogie l w tym świecie. Wyrzekłem się wszelkich wygód, składając śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa zakonowi jezuitów. Pokutowałem, spędzałem długie godziny na modlitwie, głosiłem doktryny chrześcijańskie, zgodnie z najściślejszą prawowiernością katolicką, wiernie wykonywałem przepisy zakonne... Czy to nie było wystarczające dla mego usprawiedliwienia? Czy mogę z zupełną pewnością i ze spokojem oczekiwać śmierci i sądu?

Słowa apostoła Pawła były mi znowu odpowiedzią na wszystkie niepokojące mię pytania. „Chociaż ja mógłbym mieć zaufanie w ciele; a jeśli kto inny sądzi, że może mieć zaufanie w ciele, tym bardziej ja, obrzezany ósmego dnia, z narodu Izraelskiego, z pokolenia Beniamina, Żyd z Żydów, według zakonu faryzeusz, (najbardziej pobożna sekta żydowska). Według gorliwości prześladowca kościoła, (myśląc, że to fałszywa religia, zwalczał ją z takim fanatyzmem), według sprawiedliwości, która jest z zakonu, będąc bez nagany. Ale to, co mi było zyskiem, tom z powodu Chrystusa poczytał za szkodę. Owszem i wszystko poczytuję za szkodę dla zacności poznania Chrystusa Jezusa, Pana  mojego, dla którego wszystkiego się wyrzekłem  i wszystko poczytuję za śmiecie, żeby pozyskać Chrystusa, i być znalezionym w Nim, nie mając i własnej sprawiedliwości, która jest z zakonu, ale mając tę, która jest przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga przez wiarę, żeby poznać Jego i moc Jego zmartwychwstania i wspólność cierpień Jego, stając się podobny śmierci Jego” (List do Filipensów 3,4—10).

Serce moje biło szybciej z podniecenia, umysł mój oświeciło światło, a pokój napełnił moją duszę.

Jeszcze jaśniejsze były mi słowa tegoż apostoła do Galatów: „Jeśli przez zakon jest sprawiedliwość, tedy Chrystus na próżno umarł” (List do Galatów 2,21).

Zdawało mi się, że apostoł Paweł, patrząc mi w oczy, powtarzał swoją przestrogę pisaną do Galatów:

„O bezrozumni Gąlatowie, któż was omamił, abyście prawdzie nie byli posłuszni, którym przed oczyma Jezus Chrystus przedtem był odmalowany, jakby między wami ukrzyżowany? Tego tylko radbym się dowiedzieć od was: czy z uczynków zakonu wzięliście Ducha, czy ze słuchania wiary?” (Galatów 3,1—3). ,,Że zaś przez zakon nikt nie jest usprawiedliwiony przed Bogiem, to rzecz jawna; bo sprawiedliwy z wiary żyć będzie” (Galatów 3,11). „Chrystus odkupił nas z przekleństwa zakonu” (Galatów 3,13).

Snując nadal rozważanie pytałem się: „A uczynki nakazane przez zakon, czy nie usprawiedliwią, czyżby one były bez pożytku?”

Odpowiedź ap. Pawła była: „A przedtem, nim przyszła wiara, byliśmy pod strażą zakonu, wespół zamknięci aż do przyjścia wiary, która miała być objawiona. A tak zakon był naszym przewodnikiem ku Chrystusowi, abyśmy z wiary byli usprawiedliwieni. Ale gdy przyszła wiara, już nic jesteśnay pod przewodnikiem... Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi w Chrystusie Jezusie przez wiarę” (Galat. 3,23—26).

Dobre uczynki są miłe Bogu. Powinniśmy je czynić, wyrażając w ten sposób naszą wdzięczność, by podobać się Jemu i stawać się Jemu podobnymi. Pomimo to dobre uczynki nas nie usprawiedliwiają. Jedynie wielka łaska i miłosierdzie Jezusa Chrystusa mogą nas usprawiedliwić.

Potrzebowałem jedynie przyjąć Pana Jezusa Chrystusa, jako swego Zbawiciela i wierzyć w zbawienną moc Jego krzyżowej męki. Grzechy moje zostały przebaczone. Mój dług wobec Ojca niebieskiego był spłacony. Wiara w Zbawiciela Chrystusa Pana była jedynym środkiem, który mógł usprawiedliwić moją duszę. Przyjąłem go. Uwierzyłem Mu.

Od tego momentu poczułem, że Pan Jezus Chrystus wypełnił Swoje słowo w duszy mojej. „Kto uwierzy we Mnie, jak powiedziano w Piśmie, rzeki wody żywej popłyną z żywota jego" (Ew. Jana 7,38). :


„...Od dziś jestem Waszym Bratem...

Wyjątki z przemówienia księdza Luisa Padrosy, wygłoszonego w kościele baptystów w mieście Tarrasa, w dniu 18 lutego 1951 roku, w którym dał świadectwo swej wiary opartej na Ewangelii. Przemówienie to było wygłoszone na kilka dni przed jego odjazdem do Argentyny.

Drodzy w Panu Bracia! Tylko co słyszeliśmy od naszego drogiego kaznodziei, pana Vila, opinię, że jestem wspaniałym mówcą. Rzeczywiście, w przeciągu ostatnich lat byłem zaangażowany do kazań i do przemówień, szczególnie do licznych zgromadzeń i wybranych słuchaczy. Podczas tych licznych przemówień nigdy nie czułem się zdenerwowanym. Dziś po raz pierwszy w mojej publicznej pracy, jako mówca, czuję, że nie mogę przemawiać, nie mogę... To jest najbardziej wzruszający moment w moim życiu, więc nie spodziewajcie się usłyszeć wspaniałego mówcy. Dziś stoję tu przed wami wszystkimi po to, by wam zaświadczyć, że od dziś jestem waszym bratem.

To, co mię spotkało, jest bardzo podobne do tego, co nam mówi apostoł Paweł o swoim doświadczeniu. Ja prześladowałem was! Może wy nie zdawaliście sobie z tego sprawy lecz to jest faktem, że prześladowałem was całą duszą i z przekonaniem. Urządzałem specjalne zjazdy dla przewodniczących „Akcji Katolickiej” właścicieli fabryk i najaktywniejszych propagandzistów naszej rangi. Spędziłem cały dzień na przygotowaniu przemówienia pod tytułem: „Protestancka herezja” szczególnie zaś „Protestancka herezja w Tarrasa”. Tytuł mego przemówienia na ten zjazd brzmiał: „Tarrasa — siedzibą herezji”. Musicie wiedzieć, że my, katolicy uważamy pana Vila za okropnego człowieka. Pojechałem do Villafranca, by tam wygłosić przemówienie. Tam mi mówią: „Mamy tu wielki kłopot”.

— Co się stało? — zapytałem.

— Niedawno protestanci otworzyli tu swoją kaplicę. Czy chcesz, by nasza młodzież z „Katolickiej Akcji” poszła i zburzyła ją, obrzucając kamieniami? — odpowiedzieli.

— Nie, zaczekajcie. To nie będzie po chrześcijańsku.

Lecz bolało mię to, że się tam protestanci zjawili. 

— Skąd oni się tu wzięli? — pytałem dalej. 

— Przyszli z Tarrasa — brzmiała odpowiedź. Przybyłem do Tarragona i tam usłyszałem tę samą historię.

— Skąd tu ci przyszli?

— Z Tarrasa!

W Villanueva powiedziano mi, że i tam już są ci z „Tarrasa”. Przyrzekłem wtedy katolikom, że powstrzymam pochód tych ludzi, i że nawet w Tarrasa protestantyzm musi upaść. Przecież to wszystko kłamstwo i musimy pozbyć się wszelkiego błędu. Potem, zwracając się do elity z Tarrasa, rzekłem:

— Czy wam nie wstyd, że tu, w Tarrasa, znajduje się główne gniazdo protestantyzmu na całą Katalonię? Czyż aż dotąd nie mogliście tego zlikwidować?

— Dobrze, Ojcze, proszę się tym nie przejmować, to nie jest tak ważne — brzmiała odpowiedź.

— To nie ważne? Wiem, że oni zyskują coraz więcej nowych członków, czyż to was nie obchodzi, że oni kradną nam dusze ludzkie?

— Niech się Ojczulek nie martwi — odpowiedzieli mi — protestanci niewiele wykonają.

— Dobrze, — powiedziałem — rozpocznijmy od zapoznania się z doktrynami protestantów.

Po jakimś czasie przychodzi do mnie pan „X” i mówi:

— Miliony moje są do waszej, Ojcze, dyspozycji, byleby już położyć kres protestantom.

— Wspaniale — odpowiedziałem. Przyszli też inni i pytali:

— Ojcze, co polecisz nam wykonać?

— Przynieście mi listę imienną wszystkich protestantów w Tarrasa — powiedziałem.

Po dwóch dniach miałem nazwiska i adresy wszystkich protestantów w Tarrasa. Od tego zaczęliśmy przygotowanie naszej kompanii przeciw protestantom. W międzyczasie gorliwie badałem całą sytuację.

Przygotowanie rozpocząłem od badania Pisma Świętego, lecz... „Gdzież są moje dowody nieomylności papieża. Nie mogłem ich nigdzie znaleźć... Gdzież to jest napisane o eucharystycznym poście? Gdzie mowa o mszy? Gdzie jest to wszystko?” Nie znalazłem. Im więcej badałem Pismo Święte, tym jaśniej widziałem że chrześcijaństwo, a rzymski-katolicyzm to dwa przeciwległe bieguny. W miarę mego wgłębiania się w Pismo Święte przekonanie to wzmacniało się.

Aż nareszcie nadszedł moment decyzji (wam się zdaje, że to był moment, dla mnie to było trzynaście lat walki wewnętrznej, trzynaście lat borykania się ze sobą).

Rzeczywiście, muszę się przyznać, że to była walka, w której znajdowałem zadowolenie. Chętnie podejmowałem się wszelkich najtrudniejszych spraw. Tłumy, do których lubiłem przemawiać, były trudne do opanowania i niebezpieczne.

Walka ta też nie była mi ciężarem i nie była też zniechęcająca. Zwalczanie protestantów było przyjemnością, tym bardziej, że byłem pewny zwycięstwa.

— Kim ty jesteś? — musiał Pan myśleć, patrząc na mnie z nieba.

— Kto ty, że chcesz przeciwko ościeniowi wierzgać? — rzekł, jak niegdyś do Saula.

Podjęte zadanie wykonywałem uczciwie, szczerze szukając prawdy. Lecz, moi przyjaciele, musicie wiedzieć, czego może przedtem nie wiedzieliście, że dla katolika znalezienie prawdy jest rzeczą prawie niemożliwą. Wiecie dlaczego? Gdzie my możemy znaleźć prawdę? W Słowie Bożym, w Piśmie Świętym.

— Stój — powie katolik — nie wolno ci czytać Pisma Świętego, chyba że ono będzie zaopatrzone w objaśnienia Ojców: Bove, Nacar-Colugna lub Ojca Scio.

Objaśnienia te, podane na marginesie tekstu są tego charakteru: „Św. Paweł mówi tak, lecz to należy rozumieć w sposób następujący; św. Mateusz powiedział tak, lecz rozumieć to należy tak, jak ja podałem w swych objaśnieniach”.

Czyż mi nie wolno czytać tego, co powiedzieli św. Paweł, Piotr lub sam Pan Jezus w Ewangelii? Nie, gdyż to jest na liście książek zakazanych.

Niemożliwe! Ewangelia Pana naszego i wszystkie pisma apostołów na liście zakazanych książek!

Naturalnie, gdyż nie wolno ich czytać tak długo, dopóki nie zostaną zaopatrzone w komentarze , osoby upoważnionej do tłumaczenia Pisma Świętego.

W taki sposób nauka, którą praktykujemy, jest wymysłem człowieka, a nie Słowem Bożym.

Widzicie więc te tytaniczne zmagania, zachodzące w duszy mojej, która szczerze pragnęła poznania prawdy, lecz zawsze napotykała przed sobą człowieka, człowieka zastępującego jej drogę i mówiącego jej, że ona nie może iść bezpośrednio do Boga, gdyż to będzie herezją, rewolucją, że najpierw musi upokorzyć się u nóg człowieka, by w fen sposób mieć dostęp do Boga.

Lecz kto tak powiedział? Jeśli chcę znaleźć Jezusa Chrystusa, dlaczego mi nie wolno iść wprost do Niego?

Potem zobaczyłem, że w katolickim kazaniu, nabożeństwie, w całym życiu katolików Jezus Chrystus jest przedstawiony jako postać skamieniała, jako martwe ciało, jako człowiek przybity do krzyża, lecz martwy, bez życia. Dlatego kościół nie może wpoić w swoich członków miłości do Jezusa Chrystusa, a tam gdzie nie ma miłości, tam nie ma możliwości zbawienia, niezależnie od tego, ile mszy, szkaplerzy, medalików, nowenn i obrazów miałby człowiek — wszystko to nie pomoże, dopóki grzesznik nie będzie miał miłości i wiary... A miłości tej nie będzie .dopóty, dopóki grzesznik nie zobaczy oczami duszy żywego Chrystusa, umierającego za niego na krzyżu.

Czy wiecie, co się dzieje z rzymsko-katolikiem? Coś, co jest bardzo naturalne w rzymsko-katolickim. systemie, lecz bardzo tragiczne. Om mówią człowiekowi: „Jezus Chrystus umarł za ciebie; tak, za ciebie, lecz to nic rzeczywiście ci nie daje”. Oni nie mówią tak dosłownie, lecz to jest wynikiem ich praktyki — to nic ci nie daje, gdyż jeśli nie będziesz bardzo ostrożny, to i tak zginiesz. Zbawienie twoje zależy całkowicie od ciebie samego, od wielu odmówionych modlitw, od noszenia szkaplerzy, od twego oddania się na usługi Niepokalanej .— co jest gwarancją twego zbawienia — od przyjmowania komunii świętej pierwszego piątku każdego miesiąca w przeciągu dziewięciu miesięcy — dziewięciu, nie ośmiu lub siedmiu, jeśli nie w przeciągu dziewięciu, to wszystko będzie bez znaczenia. Musisz być oddanym św. Piotrowi i św. Antoniemu, pamiętaj, że do św. Antoniego musisz odmówić trzynaście „Ojcze nasz”, nie dwanaście, lecz całe trzynaście, gdyż inaczej wszystko będzie bez znaczenia...” i tak dalej. Czy to nie przypomina nam słów Pana Jezusa Chrystusa, wypowiedzianych pod adresem faryzeuszy: „Wodzowie ślepi, którzy przecedzacie komara, a wielbłąda połykacie — podobni grobom pobielanym” (Mat. 23,24—27).

Oto czego nauczają kapłani, których autorytet jest ponad wszystko. Przed oczyma ludzi postawiliśmy zasłony: świętą Matkę, kościół i kapłana. „A gdzie jest Pan Jezus Chrystus? Jego można znaleźć na drugim planie. Gdzie? Poza kościołem i poza kapłanem, lecz ludzie muszą iść do kościoła i do kapłana i tam już pozostają. Dlatego widzimy rzymsko-katolika z kościołem i kapłanem; ale bez Chrystusa. Nic dziwnego, że jego duchowe życie jest tak słabe i anemiczne.

 

Przez te i wiele innych rzeczy doszedłem do przekonania, że doktryny katolickie nie są prawdziwe. W tym czasie odprawiałem jeszcze msze, mając ze sobą chłopca-akolitę, który mi odpowiadał podczas mszy, nic przy tym nie rozumiejąc po łacinie. Biedny chłopczyna męczył się, wymawiając słowa często niewłaściwie. Gdyby mógł mi odpowiadać po hiszpańsku, rozumiałby, co ja mówię i wiedziałby też, co odpowiada, przez to byłby w bardziej pobożnym stanie ducha.

Lecz myślałem sobie, to jest moment mszy świętej, w którym, jak nas uczono, ofiarujemy ciało Pana Jezusa. Poza mną byli zebrani liczni wierni, którzy widzieli księdza obróconego do nich plecami, wykonującego pewne ruchy i mówiącego niezrozumiałe dla nich słowa, jedni z nich drzemali, inni ziewali. Czy to jest istotne dla religii? Czy to jest postanowione przez Boga?

Wszystko to jest zabawne dla was, tak samo jak i to, co wy wykonujecie, jest zabawne dla katolików. To, co dla was jest sprawą podstawową, by każdy opierał swoją wiarę na Jezusie Chrystusie, Zbawicielu naszym, katolicy uważają za herezję.

Czy wiecie, co się stanie? To nie jest tak łatwo zmienić religię. Gdybyście wiedzieli, co za tortury ja przeszedłem. To jest bardzo poważny krok. Nie jest rzeczą łatwą wystąpić przeciw tradycji w której spędziło się życie całe, wystąpić przeciw rodzonej atmosferze, przeciw swojej rodzinie, przeciw przyjaciołom, którzy powiedzą dwie rzeczy, nie mając innych argumentów przeciw temu, kto występuje z kościoła rzymsko-katolickiego, a udaje się do protestantów: że on zwariował lub zakochał się.

Nie tak dawno temu słyszeliśmy o nawróceniu. się innego jezuity, księdza na wysokim stanowisku Carrillo de Albornoz, sekretarza Wszechświatowego Związku Marii. Słyszałem, co mówiono o nim w naszym środowisku: ,,Biedny człowiek, widocznie stracił rozum”; lub:„W tę sprawę musiała być zamieszana kobieta”. Oni nie mają innych argumentów.

Przez trzynaście lat studiowałem ten problem, mając za sobą 43 lat pobożnego życia katolickiego. Piętnaście lat spędziłem na studiach teologicznych, dziesięć lat byłem księdzem i kaznodzieją, przemawiając do tłumów i do wybranych słuchaczy. Mówię wam, że to nie jest moment emocji. W momencie emocji, wiem dobrze, ksiądz może popełnić każdy grzech: cudzołóstwo, morderstwo lub rabunek, lecz potem winien się opamiętać, pokutować, wyznać grzechy i być dalej księdzem. Lecz zmiana religii nie może być wynikiem emocji, lecz jedynie skutkiem refleksji po głębszym zastanowieniu się nad Słowem Bożym i po znalezieniu wielkich różnic w doktrynach.

Na przykład, gdzie jest doktryna o spowiedzi w Dziejach Apostolskich? Gdy zaczynamy kazanie, mówimy: ,,Idźcie do spowiedzi”. Lecz oto widzę niewiastę płaczącą u nóg Jezusowych, do której On powiada: ,,Grzechy twoje są ci odpuszczone”. Kiedy ona .spowiadała się? Jakie grzechy ona miała? Jezus widząc, że inni goście zaczęli wątpić, rzekł do niewiasty: „Wiara twoja zbawiła ciebie”. Gdzie jest tu wzmianka o dobrych uczynkach lub o chodzeniu do świątyni?

Oto inna scena. Obok Jezusa na krzyżu umiera łotr. Jakie on dobre uczynki spełnił? Chyba ten jeden, że uwierzył w Jezusa Chrystusa, Zbawiciela, nic innego. Naturalnie, gdyby on żył potem, na pewno spełniałby chrześcijańskie obowiązki, lecz to nie było konieczne dla jego usprawiedliwienia. Chrystus przelał Swoją krew za niego, on uwierzył w to zbawienie, wykonał akt przyjęcia wiarą i był usprawiedliwiony w oczach Ojca. Na podstawie tego Chrystus mógł mu powiedzieć: „Dziś będziesz ze Mną w raju”. Nie w czyśćcu. Co oznacza czyściec? Gdzie jest czyściec? Oto, co ja powiedziałem sobie: Ile lat spędził ten łotr w czyśćcu? Całe swoje życie spędził na rabunku, może nawet dopuścił się morderstwa, a jednak Jezus rzekł do niego: „Dziś będziesz ze mną w raju”. Więc on, nie poszedł do katolickiego czyśćca. Kto mówi o czyśćcu? Naturalnie nie Pismo. Święte. Czy wykonaliście akt wiary? Jeśli tak, jesteście usprawiedliwieni.

Jeszcze jeden problem bardzo mię interesował: gdy opuszczę kościół rzymsko-katolicki, kto będzie przebaczał mi grzechy? Naturalnie będę się starał nie grzeszyć, lecz jesteśmy tak słabi, więc jeśli zgrzeszę, co się stanie wtedy? Kto mię rozgrzeszy? W kościele rzymsko-katolickim urządziliśmy się bardzo wygodnie. Gdy popełnimy jakiś grzech, idziemy wtedy do księdza, „Ego te absolvo pecatis tui” i wszystko jest skończone, mogę przyjmować komunię. Gdy zaś wystąpię z kościoła rzymsko-katolickiego, co będę wtedy czynił?

Dzięki Bogu, że w Dziejach Apostolskich i w Ewangelii jest wyraźnie powiedziane, że przebaczenie mogę otrzymać tylko od Boga samego.

Gdybyście wiedzieli, jakie tortury przechodzi dusza katolika, nigdy nie przestalibyście dziękować Bogu za to, czym jesteście i co posiadacie. Ludzie, którzy codziennie chodzą na mszę i zawsze są na nabożeństwie w kościele, żyją w ciągłej rozterce duchowej, pytając się samych siebie: „Czy będę zbawiony, czy też zginę? Czy uczyniłem dobrą spowiedź, czy też nie? Gdy opowiadałem o moich grzechach, czy nie należało powiedzieć tego w inny sposób?... Czy ja rozumiałem je w ten sposób, a mój spowiednik rozumiał je inaczej; możliwe wymieniłem je tylko dwa razy, gdy powinienem był wymienić je trzy razy... To była taka delikatna sprawa, wspomniałem o niej, lecz dlaczego nie podałem bliższych szczegółów?” Oni nigdy nie mają spokoju. Czy więc to jest prawdziwa religia? Co to wszystko znaczy? Gdzie w Ewangelii znajdujemy mowę o takiej metodzie dręczenia grzeszników? Kiedy Jezus Chrystus lub Jego uczniowie torturowali grzesznika takimi pytaniami?

Synu mój, czy pokutujesz? Czy masz wiarę w sercu twoim, że Chrystus, nasz Pan, zbawił cię? Jeśli tak, to wiara twoja zbawiła cię, to jest wszystko. Czy ap. Paweł nie powiedział: „Jeśli przez i zakon jest usprawiedliwienie, tedy Chrystus na próżno umarł?” (Gal. 2,21).

Miłość, którą wy, protestanci, macie do Chrystusa, której katolicy nie mogą mieć w tym samym stopniu, jest wynikiem tego, że'wy znacie Go, jako swego Zbawiciela. Rzymsko-katolik natomiast chce być sam sobie zbawicielem. On mówi: „Ja będę zbawiony lub potępiony zależnie od tego, co uczyniłem lub czego nie uczyniłem”.

Naturalnie, każdy ewangelik, który powie sobie: „Będę żył, jak mi się podoba, gdyż Chrystus mię zbawił” — zginie tak samo. Jestem pewny, że wy to i tak dobrze rozumiecie.

Przedwczoraj odwiedził mię pewien jezuita, który był moim instruktorem po moim wstąpieniu do zakonu. Wiedział o mojej decyzji wystąpienia z kościoła, więc rzekł do mnie: „Ja pozostaję przy słowach Malmesa: «Kto opuszcza katolicyzm, nie wie, gdzie szukać ucieczki. Dowodem prawdziwości katolicyzmu i tego, że inni są tylko sekciarzami, jest ten fakt, że każdy z nich mówi co innego, tak, że człowiek nie wie, gdzie się udać»”.

— Lecz — odpowiedziałem mu — znalezienie prawdy i stwierdzenie, że ona jest poza kościołem rzymsko-katolickim zabrało mi trzynaście lat, i gdy wreszcie zdecydowałem się wyjść z kościoła, nie miałem żadnych trudności ze znalezieniem schronienia — znalazłem je w Ewangelii Pana Jezusa Chrystusa, w Słowie Bożym. Innego miejsca nie ma.

— Dobrze, staniesz się więc luteraninem, kalwinistą, baptystą, metodystą czy kim?

— Ja będę chrześcijaninem.

— A co będzie potem?

— Mniejsza o to. O praktycznym przyłączeniu się do jakiejś grupy pomyślę potem, na razie będę chrześcijaninem Chrystusowym i Jego apostołów; takim jak On nauczał i oni nauczali — w posłuszeństwie i oddaniu, głosząc to czynem i słowem. Gdzie? W kościele, który będzie najodpowiedniejszy ku temu. To już jest sprawa zewnętrznej manifestacji. Przede wszystkim chcę być chrześcijaninem, naśladującym Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ewangelia jest tak jasna, a Słowo Boże jest tak proste, że bez pomocy pośredników możemy je rozumieć.

Przebaczcie mi, że prześladowałem was. Nie myślę, że wyrządziłem wam wielkie krzywdy. Gdy dołożyłem starań, by zapoznać się z protestantyzmem w celu zwalczania go i wydałem wam wojnę,

Bóg ze swej strony wydał mi wojnę i naturalnie odniósł zwycięstwo. Jestem szczęśliwy, że uległem i mówiąc prawdę, jestem wdzięczny, że ta walka . nie zakończyła się klęską. Apostoł Paweł mówi o tym w ten sposób: „Co przedtem mi było zyskiem, to dziś mam za szkodę, a co miałem za szkodę mam teraz za zysk”. Nigdy nie będę w stanie wyrazie całej mej wdzięczności Panu za to, że On pozyskał mię dla Prawdy.


KIM JEST DON LUIS PADROSA?

Wyjątki z ulotek i gazet w Hiszpanii, które charakteryzują go jako świetnego katolickiego mówcę i prelegenta.

Villafranca del Panades: „Jest to wydarzenie o wielkim znaczeniu dla całego miasta, że udało się urządzić przyjazd do Villafranca Ojca Luis Padrosa, wielkiego psychologa i niepospolitego mówcy, który wygłosi całą serię odczytów dla naszych mężczyzn. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie będą owoce tego, lecz wiemy, że to obudzi wśród nas niesłychane zainteresowanie. Ojciec Padrosa odznacza się powagą i głębią myśli. Jest on jednym z tych, którzy potrafią dotrzeć do głębi sprawy. Do tego jego doświadczenie i konkretne ujęcie zagadnienia, jego precyzyjna i staranna dykcja obudzi ducha i zawładnie uwagą słuchaczy. Wiadomo jest, że wszędzie gdzie tylko on się zjawi, wszędzie sale są przepełnione.

Biorąc powyższe pod uwagę i zważywszy odpowiednią porę roku, aktualność ogłoszonego odczytu, pytania ciągle zajmujące umysły mężczyzn, w dodatku ogłoszenie tych odczytów w głównym teatrze tylko dla mężczyzn, napełnia wszystkich niecierpliwym oczekiwaniem”.

*

Catalyud: „Trzeci odczyt Ojca Luisa Padrosy w miejskim teatrze nie tylko nie wykazał zmniejszenia zainteresowania, lecz przeciwnie, stworzył problem, bo w teatrze nie starczyło miejsca dla pomieszczenia słuchaczy. Robotnicy w fabrykach po-zmieniali swoje godziny pracy, by móc go usłyszeć. Nawet ludzie obojętni w sprawach religijnych cisnęli się do teatru, by znaleźć miejsce, jak gdyby ten odczyt był specjalnie dla nich przeznaczony.

Publiczność, rozchodząc się, entuzjastycznie dawała wyraz swej zgody z prelegentem. Można się spodziewać, że dziś na dwie godziny przed odczytem nie będzie wolnego miejsca w teatrze”.

(Wyjątek z ulotki wydanej przez „Akcję Katolicką”).

*

Alicante: „Nasz duch, zatruty trucizną materializmu, napełniającą powietrze naszych nowoczesnych miast, był ożywiony i podniesiony do wyższych Stref i czystszej atmosfery dzięki lekcjom czytanym przez Ojca Padrosę. Sala nie mogła pomieścić zainteresowanych. Zainstalowano głośniki, by udostępnić ludziom stojącym na ulicy słuchanie tych wzniosłych przemówień wspaniałego mówcy”.

*

Palma de Mallorca: „Wspaniała świątynia w Palma de Mallorca nie była dostatecznie wielką, by pomieścić przybyłych słuchaczy. Duchowe zadowolenie i religijne podniecenie rysowało się na każdej twarzy. Poza świątynią, w całym mieście i we wszystkich miejscach na wyspie ludzie słuchali przy pomocy głośników i radia podniecających apelów tego wyśmienitego mówcy”.

*

Badalona: „Ojciec Padrosa w porywającym przemówieniu przez godzinę trzymał w zachwycie nadzwyczaj wielkie zgromadzenie”.

*

Barcelona: „Wykazał On w swym przemówieniu rzadko spotykany dar treściwości. Swą treścią, wspaniałą dykcją i nadzwyczajną logiką zaciekawił i ściągnął tłumy, mogące zapełnić dwa teatry. Wszyscy obecni stali się jego gorącymi propagatorami”.

*

Seville: „Organizatorzy mogą być dumni. Sukces przewyższył nawet najbardziej optymistyczne oczekiwania, co może być dowodem jeszcze zwiększenia zainteresowania. Ojciec Padrosa, rzeczywiście, dorósł do tej popularności, jako mówca o nadzwyczajnej sile”.


Luis Padrosa





ZNACZENIE l POPULARNOŚĆ KSIĄŻKI W HISZPANII

Dla polskiego czytelnika ciekawym będzie dowiedzieć się o tym, jak Pan błogosławił świadectwo eks-Ojca Padrosa na terenie Hiszpanii, (o czym już było częściowo wspomniane w prologu do hiszpańskiego wydania), gdzie ustne świadczenie o Panu było zakazane.

Pierwsze kopie tej książki były rozesłane przez byłego jezuitę do niektórych jego poprzednich przyjaciół z własnoręczną dedykacją, co spowodowała wielki popłoch wśród hiszpańskiej hierarchii, tak że biskup z Barcelony natychmiast ogłosił w gazetach i przez radio ostrzeżenie, że każdy, kto będzie czytać, wydawać lub tłumaczyć lub kto będzie miał u siebie tę książkę zamiast oddać ją do biskupiego cenzora w celu zniszczenia jej, będzie wyklęty.

Zdaje się rzeczą wprost nie do uwierzenia, by władze kościelne były na tyle ślepe i nie rozumiały, że nawet w Hiszpanii wiek dwudziesty różni się bardzo od wieków średniowiecza. To, co straszyło i napawało trwogą ludzi w czasie inkwizycji, teraz stało się najlepszą reklamą i największym bodźcem w obudzeniu zainteresowania się szerokich warstw publiczności osobą Ojca Padrosa i napisaną przez niego książką.

Niebezpieczne byłoby dla .naszych współbraci w Hiszpanii podawać ilość potajemnie rozpowszechnionych egzemplarzy tej książki w przeciągu pierwszych dwóch miesięcy po jej Wydaniu; jedno tylko możemy stwierdzić, że zapotrzebowanie na nią było bardzo wielkie. Ewangeliczni chrześcijanie w całej Hiszpanii, a szczególnie na terenie Katalonii, byli wprost atakowani przez publiczność, pragnącą otrzymać tę książkę za wszelką cenę. Egzemplarze tej książki przechodziły z rąk do rąk w wielkich fabrykach, w ten sposób setki ludzi korzystało z jednego egzemplarza.

Książka ta dotarła nawet do elity społeczeństwa, a więc do osób, będących poza zasięgiem pracy ewangelizacyjnej i była czytana z wielkim zainteresowaniem i sympatią.

Poniżej podajemy kilka ciekawszych wydarzeń.

Kiedy ogłoszono ekskomunikę w stosunku do tych, którzy odważą się czytać tę książkę, pewien gorliwy katolik wykrzyknął: Hurra! Ekskomunika została ogłoszona przez biskupa z Barcelony, więc mnie się nie tyczy, gdyż ja należę do diecezji Vich. W ten sposób będę mógł przeczytać tę książkę, nie podlegając wyklęciu”.

Ktoś inny rzekł: „Ekskomunika jest rzucona na tych którzy będą czytać lub mieć u siebie tę książkę, lecz nic nie jest powiedziane o tych, którzy będą słuchać, gdy inny będzie czytał ją na głos”. Potem prosił on przyjaciela, który mu przeczytał ją całą, a wysłuchawszy jej treści był rad, że nie dotykał się. jej i w ten sposób nie sprzeniewierzył się poleceniu biskupa.

Pewna dziewczyna wzięła tę książkę ze sobą, idąc do pracy w fabryce. Przez zapomnienie pozostawiła ją na chwilę na swojej maszynie, gdy szła do innego działu po przędzę. Wracając, ku swej wielkiej rozpaczy zobaczyła, że dyrektor fabryki stał przy jej maszynie, trzymając tę książkę w ręku. W Hiszpanii jest zabronione robotnikom przynosić jakąkolwiek literaturę do fabryki. Lecz zamiast krzyczeć na nią, dyrektor poprosił ją, by mu sprzedała tę książkę i dodał: „Za kilka miesięcy książka ta będzie warta dziesięć razy tyle”.

Pewna dziewczyna, która odwiedzała nabożeństwa ewangeliczne w Tarrasa, opowiadała, jak pani, u której pracowała, pożyczyła tę książkę u swojej przyjaciółki. Jednak nie' odważyła się jej czytać, słysząc, jak mąż czytał ogłoszenie o ekskomunice. choć on sam po przeczytaniu ogłoszenia wyraził chęć przeczytania tej zakazanej książki. Dziewczyna odważyła się poprosić swą panią, by pożyczyła tę książkę. Otrzymawszy, czytała ją do późna w nocy, Na pytanie swej pani, dlaczego ubiegłej nocy tak długo światło paliło się w jej pokoju, odpowiedziała:

„Cóż mogłam zrobić? Chciałam skończyć tę książkę. Jest ona zbyt interesującą, by jej nie dokończyć. Myślę, że Ojciec Padrosa znalazł prawdziwą drogę zbawienia”.

— Jeśli to jest prawdą, ja też chcę przeczytać tę książkę — powiedziała jej pani.

Jej mąż był bardzo zdziwiony, dowiedziawszy się o zmianie zdania swej żony. Niedawno podczas nabożeństwa dziewczyna tak powiedziała:

„Chciałabym więcej wiedzieć o tej drodze zbawienia: Moi państwo pragnęliby przyjść na nabożeństwo. Powstrzymuje ich tylko położenie socjalne, lecz są oni przekonani, że wy głosicie prawdziwą naukę Jezusa Chrystusa”.

Egzemplarz tej książki był posłany przez kogoś do pewnego pijaka i ogólnie znanego grzesznika. Pomimo że był on katolikiem, pod wpływem książki Ojca Padrosy zapragnął odwiedzić ewangeliczne nabożeństwo. Poszedł i nawrócił się podczas pierwszego modlitewnego nabożeństwa. Człowiek ten modlił się ze łzami w oczach, tak że każdy z obecnych był wzruszony jego wołaniem: „O, Panie, ja wierzyłem w wiele rzeczy, z wyjątkiem tej jednej, tak niezbędnej do zbawienia. Dzięki Ci, żeś otworzył oczy Ojca Padrosa, by przez to .i moje zostały otworzone.” Człowiek ten obecnie radośnie świadczy o swoim zbawieniu, będąc sam dowodem tej zmiany, która zaszła w jego życiu.

Pewna siostra zakonna ze szpitala „Świętego Serca” w Barcelonie była pozyskana dla Ewangelii przez piętnastoletnią dziewczynę: Spotkały się one przypadkowo w tramwaju. Zakonnica usłyszała urywek rozmowy tej dziewczyny ze swą przyjaciółką i zdziwiona jej słowami zapytała:

— Moje dziecko, jesteś katoliczką czy protestantką?

— Jestem ewangeliczną chrześcijanką— padła zdecydowana odpowiedź.

— Cudownie, jesteś więc tego samego wyznania, co i Ojciec Padrosa. Chcę ci powiedzieć pod sekretem, że prawie każda siostra w naszym szpitalu czytała tę zakazaną książkę. Dawno już było moim życzeniem znaleźć kogoś, kto powiedziałby mi coś więcej o tej nauce.

Dziewczyna z zakonnicą spotykały się codziennie i już po upływie tygodnia zakonnica, będąc nawróconą, posłała list do papieża ż prośbą o unieważnienie jej ślubów. List ten został jednak przejęty w drodze i zamiast do papieża trafił do rąk biskupa w Barcelonie, który zawezwał zakonnicę do siebie, a przekonawszy się, że ona rzeczywiście stała się protestantką, polecił jej natychmiast opuścić kraj. Żegnając się z dziewczyną, która była narzędziem w ręku Boga, użytym dla jej nawrócenia, zakonnica .powiedziała: „Przez przeszło dwadzieścia lat ponosiłam ofiary, by zapewnić sobie zbawienie. Ile razy drżałam na myśl o śmierci i przyszłym życiu. Teraz, gdy jestem zmuszona opuścić ojczysty kraj i udać się w nieznane mi strony, bez przyjaciół, jestem szczęśliwą, jak nigdy dotychczas nie byłam, gdyż wiem, iż Pan Jezus jest nie połowicznym, lecz całkowitym Zbawicielem duszy. Wiem, że On będzie ze mną do końca dni moich tu na ziemi, a. potem przejdę do Niego do nieba”.

Sposób, w jaki Pan Bóg zaopiekował się tą odważną niewiastą, jest bardzo ciekawą historią. Młoda dziewczyna była jej jedynym łącznikiem z wyznawcami Jezusa, tak że bezpośrednio nie miała sposobności spotkania się z kaznodzieją zboru lub jakimś misjonarzem, który mógłby polecić ją wyznawcom Ewangelii za granicą. Na szczęście razem z nią w pociągu jechał pewien mężczyzna, który był prawdziwym chrześcijaninem, a któremu ona opowiedziała historię swego nawrócenia. Jechali oni z Barcelony do Port-Bou. Mężczyzna ten dopomógł jej, ile mógł, tak że zanim opuściła kraj, świadectwo jej było powodem nawrócenia się pewnego księdza, który poszedł w ślady ojca Padrosa.

Hiszpańskie wydanie niniejszej książki jeszcze chodzi z rąk do rąk w Hiszpanii, otwierając oczy wielu ludziom.

Jeśli ty, Czytelniku, już jesteś prawdziwym chrześcijaninem, módl się, by jeszcze wiele dusz mogło przejść z ciemności do światła przez czytanie tej książki. Módl się też i za misjonarzy, pracujących w ciężkich warunkach, mających przeciw sobie tych, którzy się zawsze sprzeciwiali głosicielom Ewangelii w tym kraju ,,Świętej Inkwizycji”.

Ja miałem przywilej spędzić jakiś czas w Hiszpanii, miałem więc okazję do zapoznania się z tymi biednymi ludźmi, często mieszkającymi w ziemiankach, rozmawiałem z wielu nawróconymi katolikami, przemawiałem w wielu kościołach protestanckich, czasem przy zamkniętych drzwiach, mając wiele sposobności zapoznania się z całą sytuacją.

Charakterystyczną cechą hiszpańskich chrześcijan jest ich zupełna szczerość i dążenie do prawdziwego ewangelicznego chrześcijaństwa. Bądźmy wytrwali w modlitwach naszych za tych drogich i miłych ludzi, nigdy nie zapominając o pastorach i misjonarzach z Hiszpańskiej Chrześcijańskiej Misji, szczególnie o jej dyrektorze, kaznodziei Samuelu Vila.

Bogu niech będzie chwała za moc Ewangelii w Hiszpanii.

NORMAN PORTER

Generalny Sekretarz Narodowej Unii w Irlandii
i przedstawiciel na Wielką Brytanię
i Irlandię Hiszpańskiej Chrześcijańskiej Misji


JAK KOŚCIÓŁ KATOLICKI ODCHODZIŁ OD NAUKI CHRYSTUSA

DATY Z HISTORII LUDZKICH DODATKÓW DO BOSKIEJ PRAWDY:

Wprowadzenie mszy w języku łacińskim  . . . . .  . . . . . . . 394 r.

Władza papieży datuje się od roku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 539 r. 

Ostatnie namaszczenie chorego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 550 r.

Nauka o czyśćcu  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 553 r.

Godzinki do Matki Boskiej ułożono w . . . . . . . . . . . . . . . 600 r.

Łacinę do obrządków kościelnych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 600 r.

Procesje i hierarchia biskupów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 600 r.

Oddawanie czci krzyżowi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . 662 r.

Modlitwy do Marii i Świętych ułożono . . . . . . . . . . . . .. . 715 r.

Obrazy święte nakazano czcić . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . 783 r.
Krzyżowe dni .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . 801 r.

Całowanie nóg papieża  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 809 r.
O wniebowzięciu Marii Panny oznajmiono . . . . . . . . .  . . 813 r.

Dzień Zaduszny i kanonizacja świętych . . . . . . . . . . . . .  . 990 r.

Celibat zalecono .  . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1000 r.

Czyściec  . . . .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1000 r.

Klątwę kościelną  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. 1077 r.

Zabroniono czytania Biblii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1080 r.

Odpusty ustanowiono  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . 1095 r.

Spowiedź uszną ustanowiono . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. 1116 r.

Przymus celibatu wprowadzono w roku . . . . . . . . . . . . . . .. 1123 r.
Kanonizację świętych zatwierdzono . . . . . . . . . . . . . . . . . .. 1170 r.

Świętość hostii wprowadzono w  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. 1204 r.

Przymus tajnej spowiedzi wprowadzono w . . . . . . . . . . . . 1215 r.

Nabożeństwo z wystawieniem . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . 1218 r.

Komunię pod jedną postacią  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1263 r.

Komunię pod jedną postacią wprowadzono . . . . . . . . . . .. 1414 r.
Chrzest dzieci zalecano w . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 412 r.

Dopiero w 1314 roku zmieniono zanurzenie
dorosłych na polewanie, a ostatecznie chrzest dzieci
z polewaniem zatwierdzono w
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. 1547 r.

Relikwie nakazano czcić . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .1563 r.

Sakramenty: kapłaństwo, bierzmowanie
i ostatnie namaszczenie 
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .1563 r.

Pasje zaczęto obchodzić  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ..1707 r.

Uroczystość Bożego Ciała ustanowiono w . . . . . . . . . . . . 1728 r.
Odpusty i pozdrowienia i wprowadzono . . . . . . . . . . . . . . . .1763 r.

Nabożeństwo majowe  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1852 r.

Dogmat o niepokalanym poczęciu Marii Panny  . . . . . . . . ..1854 r.

Jedyny zbawiający Kościół Katolicki  . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1854 r.

Papież stał się nieomylnym  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .1870 r.

Wniebowzięcie Marii Panny  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .1949 r.


A oświadczam każdemu słuchającemu słów proroctwa tej księgi: Jeśliby kto dodał do tego, doda mu Bóg plag, opisanych w tej księdze.

Objawienie świętego Jana 22,18